niedziela, 7 sierpnia 2011

Czy Układ załatwił Leppera?

Czy możemy być czegokolwiek pewni?
Otóż właściwie chyba nie. Doszliśmy już do takiego stanu przeładowania informacją, do tego niejednokrotnie sprzeczną,, że praktycznie nic już nie wydaje się pewne.
Do tego dochodzi sposób dopływu informacji do nas. Śmiem twierdzić, że przy postępującym upadku czytelnictwa, a nawet postępującej analfabetyzacji, 90% informacji dociera do nas z telewizji.  Czy oni nami manipulują? Jak najbardziej. Żadne medium nie nadaje się do tego bardziej niż telewizja. Jeżeli już redaktorzy, choć właściwie są to funkcjonariusze Urzędu Propagandy, zdecydują się podać jakiś fakt, to natychmiast go okraszają takim zestawem komentarzy i przy pomocy zespołu tzw. „ekspertów” (również funkcjonariuszy propagandy), że w rezultacie mamy ten biedny fakt ukazany w taki sposób jak kot w słynnym eksperymencie Schroedingera , czyli – kot może być w połowie martwy, a w połowie żywy.

Takie stałe bombardowanie relatywizującą propagandą spowodowało, że myślący obywatel nie może być niczego pewny. Prosty, dopiero co przyswojony fakt, jest w naszym mózgu poddawany obróbce, przez nowo powstały moduł, który analizuje, czy ta nowa informacja jest prawdziwa, czy też nie. Jaki jest jej wydźwięk dla nas – pozytywny, czy wręcz przeciwnie. Zazwyczaj na koniec jesteśmy sfrustrowani, bo nic pewnego nie da się wywnioskować i nadal poruszamy się w obszarze rachunku prawdopodobieństwa.

Te matematyczne rozważania, nie po raz pierwszy zresztą, gdyż taki modus operandi Urzędu Propagandy jest stosowany od lat, przyszły mi do głowy po tragicznej śmierci Andrzeja Leppera i po tym, co później w tym temacie zaczęło się dziać.

Chronologia dopływu informacji była mniej więcej taka: - rodzina znalazła zwłoki Andrzeja Leppera w jego biurze, - prawdopodobnie popełnił samobójstwo, - tak, powiesił się w części prywatnej biura, - nie stwierdzono działania osób trzecich, - prokuratura będzie kontynuowała czynności śledcze w poniedziałek.
I to byłby stosunkowo prosty i jednoznaczny przekaz.

Ale równocześnie rozpoczęło się nasze słynne relatywistyczne zacieranie konturów, bo przecież nic nie może być takie proste i jednoznaczne. Więc praktycznie od pierwszego momentu upublicznienia tego zdarzenia zaczęły z różnych źródeł napływać informacje: - Andrzej Lepper był bardzo twardym człowiekiem, którego konstrukcja psychiczna wyklucza możliwość popełnienia samobójstwa; Andrzej Lepper był poumawiany z ludźmi na następne dni i snuł konkretne plany na przyszłość; nie zostawiłby przecież ciężko chorego syna; już nie z takich kłopotów potrafił się wykaraskać.

Jednocześnie, jako starzy czytelnicy kryminałów i namiętni oglądacze thrillerów, stawiamy natychmiast pytanie – dlaczego kontynuacja śledztwa dopiero w poniedziałek? Przecież, jeżeli Leppera ubezwłasnowolniono przy pomocy środków farmakologicznych, to autopsja po paru dniach może nie wykazać niczego. Po co ta zwłoka? Nie można pracować w takim ważnym przypadku w sobotę i niedzielę? Może już wszystko pozamiatane, więc po co się wysilać.

I oto, po kilkudziesięciu godzinach, redaktor Sakiewicz, przecież „nasz” człowiek, dostarcza prokuraturze ważną taśmę z wyznaniem Andrzeja Leppera, że jego życie jest zagrożone i dybią na niego, a właściwie chcą go fizycznie zniszczyć pewni ludzie z Układu.

Czy po tych wszystkich doniesieniach mamy ład w głowie i czy możemy sobie wyrobić logiczne i wiarygodne zdanie?
Raczej trudno będzie. Nasze doświadczenie życiowe, w szczególności to, zgromadzone przez minione 20 lat mówi, że jest to następna sprawa, która nigdy nie będzie wyjaśniona do końca. Jednocześnie wypracowana nieufność wobec przekazów informacji podsuwa myśl, że może red. Sakiewicz chce znaleźć się w świetle reflektorów przy okazji tej dziwnej śmierci. Jakoś ostatnio nie za wiele pomysłów mu wychodziło.

Co oni z nas porobili? Czy już do końca życia będziemy w stanie permanentnej niepewności i nic już nie będzie łatwe, proste i jednoznaczne. Przecież to duży dyskomfort i mnóstwo frustracji.
Czy o to im chodzi, żeby jedni w ogóle przestali myśleć, a pozostali byli zakręceni do tego stopnia, że codziennie rano będą się zastanawiać przed lustrem, czy to jeszcze ciągle rzeczywiście swój wizerunek widzą.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Chyba na początku musi być Manifest?

No i zaczęło się.
Dosyć już komentowania. Trzeba teraz oznaczyć swój własny teren.
Doświadczenie nauczyło mnie, że zacni koledzy blogerzy bronią swojego okienka , jak oka w głowie. Dosłownie jak moja nieodżałowana psina(Amstaff, a jakże), Słomka, która na nasze terytorium wpuszczała gości podług nie pojętego dla mnie do końca klucza. Do jednych się łasiła od samego początku, innych by zagryzła i rozszarpała. Rowerzyści i listonosze mieli oczywiście przechlapane.
Podobnie jak pewien bloger, którego, jak na razie tu nie wymienię, a który mnie, jak się wydaje, dosyć trzeźwego gościa, znarkotyzował i uzależnił od siebie. Ale się już chyba wyleczyłem. A może nie, jeśli o tym tutaj piszę? On oto właśnie, na pierwszy rzut oka dokonuje skomplikowanej analizy psychologicznej i albo łaskawie, choć z pewną dozą pogardy, pozwala grzać się przy ognisku swojej wielkości, albo z prędkością i zwinnością kobry atakuje i zatapia swoje zęby jadowe w kostce zaskoczonej ofiary. Rozpaczliwa ucieczka jest zazwyczaj bardzo bolesna.

Chciałbym trochę porozmyślać o tej naszej blogosferze. O zwykłych wyrobnikach, o obserwatorach, no i przede wszystkim, o gwiazdach, które świecą na ekranach naszych komputerów.
Wielu z nich jest na prawdę anonimowych. Pozwala to na wielką grę naszej wyobraźni. Czy ten facet, który sprawuje tutaj rząd przynajmniej kilku dusz, jest wyrośniętym karłem o elfich uszach z ogromnymi okularami, tak gdzieś minus 12 dioptrii, na wielkiej łysej głowie, czy też może, jak podają wtajemniczeni, obleśnym i niechlujnym, dużym grubasem przekonanym o swojej nieomylności. Anonimowość pozwala na wybór takiego obrazu, jaki nam w danej chwili i przy danym nastroju akurat pasuje.
Ciekaw jestem, czy ci anonimowi blogerzy zastanawiali się nad tym i czy w ogóle zdają sobie sprawę, że ta właśnie anonimowość powoduje, że czytelnik może go widzieć w najróżniejszy sposób. I to nie zawsze w sposób przyjemny dla piszącego.
Inaczej jest z blogami osób popularnych, które znamy, czy to z widzenia, z telewizora, gazety, czy sceny. Tekst podpisany znanym nazwiskiem natychmiast zmusza nasz mózg do przywołania wizerunku postaci. A czy to postać sympatyczna, czy wręcz przeciwnie, to już zależy od naszych poglądów i nastawienia emocjonalnego. Ale to już trochę inna sprawa.

No więc mamy tego naszego anonima, powiedzmy podpisującego się Ajatollah,  i w zależności od tego co czytamy, ale także od tego, czy właśnie jesteśmy dobrze wyspani, lub może na okropnym milenijnym kacu, widzimy go jako złośliwego gargamela, albo tego głupszego z filmu "Głupi i głupszy". Może też tak być, ale zdecydowanie rzadko, że widzimy go jako takiego Świętego Piotra, siedzącego na spiżowym tronie i wygłaszającego wiekopomne i głębokie oświadczenia.

Coś jest takiego z naszymi popularnymi blogerami, że właściwie jadą na jednej nucie - nucie złości, drwiny i negacji. W rezultacie mamy w internecie całe rzesze takich jastrunów, z których żółć wylewa się strumieniami.
Czy to ta już wspomniana anonimowość plus zazwyczaj prowincjonalne kompleksy powodują taką postawę?

I tutaj właśnie dochodzimy do tytułu mojego bloga, czyli do dążeń.
Ale o tym napiszę już następnym razem.

No i właściwie z Manifestu wyszły nici. Trzeba się będzie porządnie do niego przygotować, żeby nie było jak z tymi autostradami na Euro...