W kwestii łażenia po drzewach mieliśmy absolutnego pierdolca. Nie było w okolicy solidnego klonu, lipy, czy kasztanowca, który nie byłby spenetrowany po sam czubek. Iglaki odpadały. Świerki, czy jodły z przyczyn oczywistych – goły pień i wątłe gałęzie. Nic ciekawego. Natomiast nadmorskie sosny, raz, że nie za duże, to poza tym strasznie brudziły żywicą, która nie dawała się wyczyścić, co zazwyczaj kończyło się na przeraźliwym krzyku mamy: - Tomasz! On znowu łaził po drzewach!!!
Bo oczywiście – wspinanie się na drzewa było surowo wzbronione przez rodziców i nie tylko. Dojrzali przechodnie często, jak wypatrzyli nas u góry w gałęziach też na nas wrzeszczeli, ale my stroiliśmy do nich małpie miny, bo wiedzieliśmy z doświadczenia, że nie wejdą za nami na drzewo, a stanie na dole i pilnowanie, znudzi się im szybciej niż nam.
Choć nie zawsze z tymi dorosłymi było lekko...
W Orłowie, placyk przy którym mieszkałem z rodzicami, gdzie na parterze była wówczas przychodnia lekarska z czterema gabinetami, w tym jednym, dentystycznym, który niemile wspominam, był w tamtych latach, aż dziw, wspaniale utrzymany, zachowując przedwojenną strukturę. Dla nas, chłopaków najważniejsze – miał cudownie posadzone gdzieś na początku lat trzydziestych drzewa, więc już wspaniale rozrosłe: od ulicy lipy, na około placu klony i jeszcze w dwóch grupach, naprawdę wysokie topole białe, też rozłożyste a nie takie smukłe, włoskie, jakie sadzi się wzdłuż dróg.
Te drzewa to było nasze przedszkole i pierwsze klasy podstawówki sztuki wspinania się. Wszystkie pnie gdzieś tak do wysokości dwóch metrów, a może i więcej były gładkie, bez gałęzi, więc trzeba było mieć dobrze opanowane odpowiednie techniki włażenia na drzewo.
W naszej kamienicy, zamieszkiwało w sumie sześć rodzin. A jako, że był to powojenny szczyt demograficzny, to było nas tam czterech rówieśników i trzech nieco starszych chłopaków; dziewczyn i pętającej się pod nogami drobnicy małolatów nie liczę.
W następnej z kolei kamienicy, którą od naszej oddzielał wąski ogród, też było sporo dzieciarni, ale tylko dwóch chłopaków z naszej paczki.
Mieszkał tam natomiast gość, którego wszyscy się bali i nienawidzili i powszechnie nazywali komuch – faszysta. My też, bo pewnie któryś z nas usłyszał od starszych. Nie mieliśmy pojęcia co to znaczy, ale nienawidziliśmy z dużą wzajemnością tego faceta. On wprost obsesyjnie nie cierpiał dzieciaków.
Teraz, jak myślę wstecz, a wiadomo było, że mężczyzna pracował na milicji, jednakże rzadko go było widać w mundurze, przekonany jestem, że był to pospolity ubek.
Pewnego późnego popołudnia, dwójka z nas wspinała się na nasz ulubiony klon, naprzeciw naszego domu. Przyjaciel już był u góry, a ja za nim, właśnie złapałem za pierwszy konar i swobodnie zwisałem, by za pomocą prostego triku i w oparciu o pień, przewinąć się do góry,
Nagle gwałtownie obok zatrzymała się stara Warszawa, wyskoczył z niej komuch – faszysta, podbiegł i złapał mnie za nogi.
- Mam cię gówniarzu, złaź! – pełen satysfakcji wysyczał.
Miałem problem. Wyrwać mu się raczej nie mogłem, bo trzymał mnie, jak w kleszczach, a jak się puszczę gałęzi, to polecę i wyrżnę na glebę.
Zacząłem wierzgać nogami, wyrwałem się z jego objęcia, lecz tylko na chwilę, żeby zeskoczyć na ziemię. Dziad mnie natychmiast złapał za ramię i szyję, zawlókł do samochodu i zawiózł na komisariat MO na ulicy Akacjowej. Wyobrażacie sobie? Sprzed domu, gdzie tata przyjmował pacjentów, aż jakieś trzy kilometry dalej, by, jak wtedy myślałem, wsadzić mnie do ciupy, za łażenie po drzewach. Jeżeli ktoś myśli, ze nie byłem przestraszony, to się grubo myli. Przecież tamte czasy były nasycone opowieściami o straszliwych aresztowaniach, wyrokach i torturach i chociaż mówiono o tym szeptem i z dala od dzieci, to zawsze coś wyciekało, a my sami budowaliśmy z tego masakryczne historie.
Na szczęście długo nie pobyłem na tym komisariacie. Jak tylko ubek się zmył i odjechał, dzielnicowy natychmiast zadzwonił do taty i poinformował go, gdzie się znajduję i żeby przyjechał odebrać więźnia.
W przeciągu godziny śmiejący się ojciec pojawił się w drzwiach. Zapalili po papierosie z milicjantem, z którym się świetnie znali, bo to był orłowski swojak i często korzystał z usług ojca. Pamiętam jeszcze, że wspólnie uzgodnili, że jako zostałem dostarczony na komisariat za przestępstwo, to muszę odsiedzieć choć chwilę w areszcie. No i zamknęli za mną kratę...
Jak już tata wiózł mnie do domu, to mnie ostrzegł, że mam się trzymać od tego typa z daleka i uważać na niego, bo to zły i niebezpieczny człowiek.
- Tak tato, wiem – odpowiedziałem przemądrzale, - to przecież komuch – faszysta.
Ojciec zdumiony spojrzał na mnie, omalże nie wjeżdżając na chodnik i nagle wybuchnął śmiechem.
- A ty skąd masz takie wiadomości? I czy wiesz, co to znaczy? – zapytał, ciągle się śmiejąc.
- Nie wiem co to znaczy, ale wszyscy tak na niego mówią – odparłem w końcu uspokojony i szczęśliwy, że cała afera nie skończy się pasami i innymi restrykcjami.
Dzisiaj wiem dobrze, że tata mój nie miał absolutnie nic przeciwko naszemu łażeniu po drzewach i sam zresztą parokrotnie w lesie, czy nad jeziorem, razem ze mną wspinał się wysoko.
Lecz gdyby czasami nas zobaczył na czubku najwyższych drzew, to niewątpliwie by zmienił zdanie.
Orłowo i część Małego Kacka, w swojej kotlinie na poziomie morza, jest praktycznie z trzech stron otoczone lasami. Od wschodu była Kępa Redłowska, dochodząca do morza, ze wspaniałymi klifami, cel długich wypraw. Północny zachód to Lasy Witomińskie, wspaniałe i dzikie, miejsce wędrówek do źródeł rzeki Kaczej. A od południa mieliśmy nasze najukochańsze i najbliższe lasy sopocko – orłowskie.
Nie więcej niż dwieście metrów od domu, po przejściu skrzyżowania ulic Wielkopolskiej i Wrocławskiej, oraz minięciu trzynastki, naszej Szkoły Podstawowej, zaczynał się nasz raj i to całoroczny – Mały Lasek.
Ponieważ był on na fantastycznym zboczu, zimą było tu centrum sportów zimowych, nie tylko dla naszej bandy, ale dla wszystkich dzieciaków w okolicy. Na wiosnę bawiliśmy się na pobliskich bagnach, które były cudownie żółte od porastających je kaczeńców. Jesienią na górce piekliśmy ziemniaki i puszczaliśmy latawce.
No a latem? Oczywiście! Łaziliśmy po drzewach i kryliśmy się w zielonych koronach. Zrozumiałe, że zazwyczaj w czasie wakacji po południu, bo przedpołudniem, siedzieliśmy na plaży, albo, co było absolutnie zakazane, skakaliśmy z orłowskiego mola do morza.
W Małym Lasku i nieco dalej, jak to nazywaliśmy, za żwirownią, były na prawdę potężne drzewa. W tym parę najwspanialszych, samotnych lip, klonów, buków i dębów. Stały odosobnione, nieco odsunięte od lasu, na szczytach pofałdowanych morenowych pagórków, jak jakieś pomniki, albo latarnie, a dla nas, chłopaków ciągłe wyzwanie i pokusa.
Wyobraźcie sobie, wspiąć się, najpierw po grubych konarach, a potem po coraz cieńszych gałęziach na sam szczyt drzewa, tak, że w końcu można wytknąć głowę z zielonej masy liści i rozejrzeć się dookoła. A widok był wspaniały. Moje Orłowo i Mały Kack na dole, dalej wzgórza zakrywające Gdynię, a w prześwitach poza Kępą Redłowską morze. Bez przesady, można tak było patrzeć godzinami, a dziwne uczucie spokoju i tęsknoty, jakiego się wówczas doznawało, wprost, jak to teraz mogę określić, transcendentalne, opanowywało dziecięcy umysł.
Wspinać się, aż do czubka drzew... Czy to był jakiś atawizm? Coś w tym musiało być, bo wszyscy chłopacy to kochali, może za wyjątkiem największych tchórzy i maminsynków. Nawet niektóre dziewczyny za tym przepadały i nam towarzyszyły w wyprawach.
Sezon drzewno – wspinaczkowy kończyłem późną jesienią, w suchy bezdeszczowy dzień, jeszcze przed mrozami i bez śniegu. Wspinałem się na szczyty paru wybranych drzew, żeby tam uciąć i zanieść do domu na święta, porastającą tam jemiołę.
Teraz, pół wieku później, mogę zdecydowanie powiedzieć, że byliśmy ostatnimi Mohikanami, przynajmniej, jeśli chodzi o miejskich chłopaków. Byliśmy dzicy, swobodni i autentycznie wolni. Las, ze wszystkimi swoimi tajemnicami, których jak na nasz ówczesny wiek, było mnóstwo, ze swoimi zapachami, odgłosami i zmieniającymi się w zależności od pór roku kolorami stanowił nasze naturalne środowisko, czasami twierdzę i schronienie, a przede wszystkim nieograniczone miejsce zabaw, poszukiwań i nauki.
Jak teraz patrzę na dzieciaki na tych placykach, ogrodzonych płotami, z huśtawkami, zjeżdżalniami, czy sieciami do wspinania, to uświadamiam sobie, że to nędzna namiastka naszego dzieciństwa, raczej wychowująca niewolników, a nie ludzi wolnych i przekornych.
Później były jesienne wyprawy z rodzicami na grzyby. Do dziś zbieram tylko te, które rodzice nauczyli mnie rozpoznawać.
A jeszcze później, gdy prułem z dziewczyną motorem przez leśne ostępy, wtedy jeszcze bez obowiązkowych kasków, wiatr świstał, gałązki uderzały w twarz, to byłem, jak nigdy potem, swobodnym jeźdźcem, absolutnie wolnym człowiekiem. Jak to mówią Amerykanie – prawdziwy easy rider.
w ustawicznym dążeniu... morze jest przykrą pauzą
Całe życie jest dążeniem. Dążeniem, przede wszystkim do szczęścia. Ale także dążeniem, żeby nie pamiętać o wielu rzeczach, przede wszystkim o śmierci. A świat jest podzielony na ludzi żywych, martwych i marynarzy...
sobota, 13 lutego 2016
czwartek, 4 lutego 2016
Jazgdyni wśród ludożerców
Po przeprawie promowej, już poza Dar es Salam, zboczyłem z drogi i przedzierałem się przez las. Lokalny przedstawiciel PLO pobieżnie wskazał mi drogę do malowniczej dzikiej plaży z dosyć bliską rafą koralową.
Niosłem więc w worku mój mały ponton, płetwy i maskę. Słońce, nawet poprzez zasłonę liści piekło niemiłosiernie. Przepocona koszulka kleiła się do ciała.
Słyszałem już grzmot fal o brzeg, gdy jakieś szmery w pobliżu spowodowały, że bacznie zacząłem rozglądać się wkoło.
Metaliczny trzask repetowanej broni spowodował, że zamarłem w pół kroku. Byłem otoczony przez oddział czarnych żołnierzy. Wszyscy mieli broń skierowaną we mnie. Upuściłem worek i uniosłem ręce do góry. Bałem się poruszyć, bo nie rozumiałem, co jest grane. Jeden z żołnierzy zaczął coś do mnie wywrzaskiwać, a drugi zajął się przeszukaniem mojego worka i z triumfem w oczach wyciągnął z niego ponton i płetwy. Nagle poczułem się jak członek desantu na plaży w Normandii. Jedyny dokument, który miałem ze sobą, to odręcznie wypisany permit, teraz mokry od potu i sklejony.
Cały czas z rękoma nad głową, zabrali mnie na pięcio-kilometrowy spacer na posterunek, gdzie spędziłem cztery godziny oczekując na przyjazd agenta i przedstawiciela.
Okazało się, że skręciłem do lasu w złym miejscu i wlazłem wprost na tereny wojskowe. A z tym pontonem, płetwami i bez dokumentów, to jak nic wyglądałem na szpiega, terrorystę, szykującego desant na Tanzanię.
....................
Po przylocie do Bombaju z miejscowości tuż przy pakistańskiej granicy, udałem się na lotnisko międzynarodowe. Przy wejściu do środka zatrzymał mnie uzbrojony żołnierz i poprosił o pokazanie biletu. Przedstawiłem maila, gdzie wykazany był mój bilet z lotem Lufthansą z Bombaju do Frankfurtu. Żołnierz zabrał papier i poszedł sprawdzić moją rezerwację.
Wrócił po chwili z informacją, że niestety nie figuruję na liście pasażerów. Na teren portu lotniczego wstępu nie mam.
Stoję przed drzwiami z walizami. Temperatura tak na oko 42 stopnie Celsjusza. Nie mam pieniędzy, a moja karta kredytowa w Indiach nie działa. Wokół kłębi się tłum Hindusów, którzy oferują mi różne usługi. Kombinuję, jak tu się udać do konsulatu. No tak, ale jest właśnie niedziela.
Uratowała mnie telefonia komórkowa, która na szczęście działała. Zadzwoniłem do Norwegii do swego agenta, który załatwia podróż i się rozdarłem, co oni wyprawiają i jak sytuacja wygląda. Przepraszał i obiecał jak najszybciej coś załatwić.
Przesiedziałem trzy godziny na krawężniku, opędzając się od natrętnych tubylców. Pić się chciało, jak cholera, ale to Indie, ameba i inne paskudztwa. Wreszcie przyszedł sms z nowym lotem: Bombaj – Dubaj – Frankfurt. Tym razem bez problemu wszedłem do portu lotniczego. Witaj cywilizacjo!
.................................
Postanowiłem dodatkowo pisać na portalu Niepoprawni. Dosyć szybko uzyskałem rangę blogera, zezwalającą na umieszczanie swoich tekstów na stronie.
Z folderu moich tekstów wybrałem jeden, stosunkowo neutralny, nieco przepełniony ironią. Został dobrze przyjęty i dyskusja była owocna.
Drugi tekst dotyczył godności i potrzeby utrzymywania wyprostowanej postawy. I zaczęło się. Dyżurny, powszechnie znany tropiciel wrażej agentury, ruszył do ataku i zaprawioną w boju metodą zaczął zadawać podchwytliwe pytania. Odpowiadałem na nie uczciwie.
Potem było już tylko gorzej. Jakby na dźwięk trąbki gończego psy tropiące ruszyły na łowy. Nagle zakotłowało się. Cokolwiek bym nie powiedział było źle. Zaczęły się napaści osobiste, obelgi i chamstwo. A mnie oskarżono o wszystkie możliwe grzechy blogosfery, łącznie z intencjami opanowania i zagrabienia portalu. Histeria niektórych sięgnęła zenitu. Stałem się, według mnie mimowolnym, detonatorem złych emocji i wzajemnych animozji.
Pewien jestem, że w realnej sytuacji, jeszcze sto lat temu, czekałby mnie publiczny lynch. Ukryta ksenofobia i strach przed obcymi to pierwotne, silne cechy zbiorowości plemiennych. Ja, jako obcy stałbym się tego ofiarą.
...................................
Jak widać byłem już w różnych tarapatach i to we wielu miejscach na świecie. Jednak najbardziej wredna sytuacja zdarzyła się, gdy siedziałem u siebie w domu przed komputerem. Może to dlatego, że praktycznie ostatnie trzydzieści lat pracuję za granicą, bez kontaktu z Polakami i straciłem tą specyficzną wrażliwość na rozmowy po polsku, pełne ostrożności i niuansów. Może zbyt dużym szacunkiem darzę interlokutorów i zbyt ufnie i naiwnie rozmawiam. Całkiem możliwe. By być "swojakiem" trzeba posługiwać się specyficznym kodem i kalkami pojęć. Jak ci, co w każdym tekście litery PO piszą z dużej litery.
Dużo jeszcze muszę się nauczyć. Lecz to mnie tylko cieszy, bo ciągłe uczenie się jest celem mojego życia.
Niosłem więc w worku mój mały ponton, płetwy i maskę. Słońce, nawet poprzez zasłonę liści piekło niemiłosiernie. Przepocona koszulka kleiła się do ciała.
Słyszałem już grzmot fal o brzeg, gdy jakieś szmery w pobliżu spowodowały, że bacznie zacząłem rozglądać się wkoło.
Metaliczny trzask repetowanej broni spowodował, że zamarłem w pół kroku. Byłem otoczony przez oddział czarnych żołnierzy. Wszyscy mieli broń skierowaną we mnie. Upuściłem worek i uniosłem ręce do góry. Bałem się poruszyć, bo nie rozumiałem, co jest grane. Jeden z żołnierzy zaczął coś do mnie wywrzaskiwać, a drugi zajął się przeszukaniem mojego worka i z triumfem w oczach wyciągnął z niego ponton i płetwy. Nagle poczułem się jak członek desantu na plaży w Normandii. Jedyny dokument, który miałem ze sobą, to odręcznie wypisany permit, teraz mokry od potu i sklejony.
Cały czas z rękoma nad głową, zabrali mnie na pięcio-kilometrowy spacer na posterunek, gdzie spędziłem cztery godziny oczekując na przyjazd agenta i przedstawiciela.
Okazało się, że skręciłem do lasu w złym miejscu i wlazłem wprost na tereny wojskowe. A z tym pontonem, płetwami i bez dokumentów, to jak nic wyglądałem na szpiega, terrorystę, szykującego desant na Tanzanię.
....................
Po przylocie do Bombaju z miejscowości tuż przy pakistańskiej granicy, udałem się na lotnisko międzynarodowe. Przy wejściu do środka zatrzymał mnie uzbrojony żołnierz i poprosił o pokazanie biletu. Przedstawiłem maila, gdzie wykazany był mój bilet z lotem Lufthansą z Bombaju do Frankfurtu. Żołnierz zabrał papier i poszedł sprawdzić moją rezerwację.
Wrócił po chwili z informacją, że niestety nie figuruję na liście pasażerów. Na teren portu lotniczego wstępu nie mam.
Stoję przed drzwiami z walizami. Temperatura tak na oko 42 stopnie Celsjusza. Nie mam pieniędzy, a moja karta kredytowa w Indiach nie działa. Wokół kłębi się tłum Hindusów, którzy oferują mi różne usługi. Kombinuję, jak tu się udać do konsulatu. No tak, ale jest właśnie niedziela.
Uratowała mnie telefonia komórkowa, która na szczęście działała. Zadzwoniłem do Norwegii do swego agenta, który załatwia podróż i się rozdarłem, co oni wyprawiają i jak sytuacja wygląda. Przepraszał i obiecał jak najszybciej coś załatwić.
Przesiedziałem trzy godziny na krawężniku, opędzając się od natrętnych tubylców. Pić się chciało, jak cholera, ale to Indie, ameba i inne paskudztwa. Wreszcie przyszedł sms z nowym lotem: Bombaj – Dubaj – Frankfurt. Tym razem bez problemu wszedłem do portu lotniczego. Witaj cywilizacjo!
.................................
Postanowiłem dodatkowo pisać na portalu Niepoprawni. Dosyć szybko uzyskałem rangę blogera, zezwalającą na umieszczanie swoich tekstów na stronie.
Z folderu moich tekstów wybrałem jeden, stosunkowo neutralny, nieco przepełniony ironią. Został dobrze przyjęty i dyskusja była owocna.
Drugi tekst dotyczył godności i potrzeby utrzymywania wyprostowanej postawy. I zaczęło się. Dyżurny, powszechnie znany tropiciel wrażej agentury, ruszył do ataku i zaprawioną w boju metodą zaczął zadawać podchwytliwe pytania. Odpowiadałem na nie uczciwie.
Potem było już tylko gorzej. Jakby na dźwięk trąbki gończego psy tropiące ruszyły na łowy. Nagle zakotłowało się. Cokolwiek bym nie powiedział było źle. Zaczęły się napaści osobiste, obelgi i chamstwo. A mnie oskarżono o wszystkie możliwe grzechy blogosfery, łącznie z intencjami opanowania i zagrabienia portalu. Histeria niektórych sięgnęła zenitu. Stałem się, według mnie mimowolnym, detonatorem złych emocji i wzajemnych animozji.
Pewien jestem, że w realnej sytuacji, jeszcze sto lat temu, czekałby mnie publiczny lynch. Ukryta ksenofobia i strach przed obcymi to pierwotne, silne cechy zbiorowości plemiennych. Ja, jako obcy stałbym się tego ofiarą.
...................................
Jak widać byłem już w różnych tarapatach i to we wielu miejscach na świecie. Jednak najbardziej wredna sytuacja zdarzyła się, gdy siedziałem u siebie w domu przed komputerem. Może to dlatego, że praktycznie ostatnie trzydzieści lat pracuję za granicą, bez kontaktu z Polakami i straciłem tą specyficzną wrażliwość na rozmowy po polsku, pełne ostrożności i niuansów. Może zbyt dużym szacunkiem darzę interlokutorów i zbyt ufnie i naiwnie rozmawiam. Całkiem możliwe. By być "swojakiem" trzeba posługiwać się specyficznym kodem i kalkami pojęć. Jak ci, co w każdym tekście litery PO piszą z dużej litery.
Dużo jeszcze muszę się nauczyć. Lecz to mnie tylko cieszy, bo ciągłe uczenie się jest celem mojego życia.
sobota, 9 stycznia 2016
Takie sobie morskie gadki
Hiszpanie (w tle slychac trzaski):
Tu mówi A-853, prosimy, zmiencie kurs o 15
stopni na poludnie, by uniknac kolizji... Plyniecie
wprost na nas,
odleglosc 25 mil morskich.
Amerykanie (trzaski w tle):
Sugerujemy wam zmiane kursu o 15 stopni na
pólnoc, by uniknac kolizji.
Hiszpanie:
Odmowa. Powtarzamy: zmiencie swój kurs o 15
stopni na poludnie, by uniknac kolizji...
Amerykanie (inny glos):
Tu mówi kapitan jednostki plywajacej Stanów
Zjednoczonych Ameryki. Nalegamy, byscie zmienili
swój kurs o 15
stopni na pólnoc, by uniknac kolizji.
Hiszpanie:
Nie uwazamy tego ani za sluszne, ani za mozliwe
do wykonania. Sugerujemy wam zmiane kursu o 15
stopni na poludnie,
by uniknac zderzenia z nami.
Amerykanie (ton glosu swiadczacy o wscieklosci):
Tu mówi kapitan Richard James Howard, dowodzacy
lotniskowcem USS Lincoln marynarki wojennej Stanów
Zjednoczonych;
drugim co do wielkosci okretem floty amerykanskiej.
Eskortuja nas
dwa okrety pancerne, szesc niszczycieli, piec
krazowników, cztery okrety
podwodne oraz liczne jednostki wspomagajace. Udajemy
sie w kierunku
Zatoki Perskiej w celu przeprowadzenia manewrów
wojennych w obliczu
mozliwej ofensywy ze strony wojsk irackich. Nie
sugeruje...
ROZKAZUJE WAM ZMIENIC KURS O 15 STOPNI NA PÓLNOC!
W przeciwnym razie bedziemy zmuszeni podjac
dzialania konieczne by zapewnic
bezpieczenstwo temu okretowi, jak równiez silom
koalicji. Nalezycie
do panstwa sprzymierzonego, jestescie czlonkiem NATO
i rzeczonej koalicji.
Zadam natychmiastowego posluszenstwa i usuniecia sie z
drogi!
Hiszpanie:
Tu mówi Juan Manuel Salas Alcántara. Jest nas
dwóch. Eskortuje nas nasz pies, jest tez z nami nasze
jedzenie, dwa
piwa i kanarek, który teraz spi. Mamy poparcie lokalnego
radia La Coruna
i morskiego kanalu alarmowego 106. Nie udajemy sie w zadnym
kierunku i mówimy do was ze stalego ladu, z latarni morskiej
A-853
Finisterra, z wybrzeza Galicji. Nie mamy gównianego pojecia,
które
miejsce zajmujemy w rankingu hiszpanskich latarni morskich.
Mozecie
podjac wszelkie sluszne dzialania, na jakie
tylko przyjdzie wam ochota, by zapewnic bezpieczenstwo
waszemu
zasranemu okretowi, który za chwile rozbije sie o skaly;
dlatego
ponownie nalegamy, sugerujemy wam, iz dzialaniem najlepszym,
najbardziej slusznym i najbardziej godnym polecenia bedzie
zmiana
kursu o 15 stopni na poludnie by uniknac zderzenia z nami.
Amerykanie:
OK. Przyjalem, dziekuje.
-------------------------
PRAWDZIWA ROZMOWA NAGRANA NA MORSKIEJ CZESTOTLIWOSCI ALARMOWEJ
CANAL 106, NA WYBRZEZU FINISTERRA (GALICJA) POMIEDZY HISZPANAMI A
AMERYKANAMI 16 PAZDZIERNIKA 1997 ROKU :
Tu mówi A-853, prosimy, zmiencie kurs o 15
stopni na poludnie, by uniknac kolizji... Plyniecie
wprost na nas,
odleglosc 25 mil morskich.
Amerykanie (trzaski w tle):
Sugerujemy wam zmiane kursu o 15 stopni na
pólnoc, by uniknac kolizji.
Hiszpanie:
Odmowa. Powtarzamy: zmiencie swój kurs o 15
stopni na poludnie, by uniknac kolizji...
Amerykanie (inny glos):
Tu mówi kapitan jednostki plywajacej Stanów
Zjednoczonych Ameryki. Nalegamy, byscie zmienili
swój kurs o 15
stopni na pólnoc, by uniknac kolizji.
Hiszpanie:
Nie uwazamy tego ani za sluszne, ani za mozliwe
do wykonania. Sugerujemy wam zmiane kursu o 15
stopni na poludnie,
by uniknac zderzenia z nami.
Amerykanie (ton glosu swiadczacy o wscieklosci):
Tu mówi kapitan Richard James Howard, dowodzacy
lotniskowcem USS Lincoln marynarki wojennej Stanów
Zjednoczonych;
drugim co do wielkosci okretem floty amerykanskiej.
Eskortuja nas
dwa okrety pancerne, szesc niszczycieli, piec
krazowników, cztery okrety
podwodne oraz liczne jednostki wspomagajace. Udajemy
sie w kierunku
Zatoki Perskiej w celu przeprowadzenia manewrów
wojennych w obliczu
mozliwej ofensywy ze strony wojsk irackich. Nie
sugeruje...
ROZKAZUJE WAM ZMIENIC KURS O 15 STOPNI NA PÓLNOC!
W przeciwnym razie bedziemy zmuszeni podjac
dzialania konieczne by zapewnic
bezpieczenstwo temu okretowi, jak równiez silom
koalicji. Nalezycie
do panstwa sprzymierzonego, jestescie czlonkiem NATO
i rzeczonej koalicji.
Zadam natychmiastowego posluszenstwa i usuniecia sie z
drogi!
Hiszpanie:
Tu mówi Juan Manuel Salas Alcántara. Jest nas
dwóch. Eskortuje nas nasz pies, jest tez z nami nasze
jedzenie, dwa
piwa i kanarek, który teraz spi. Mamy poparcie lokalnego
radia La Coruna
i morskiego kanalu alarmowego 106. Nie udajemy sie w zadnym
kierunku i mówimy do was ze stalego ladu, z latarni morskiej
A-853
Finisterra, z wybrzeza Galicji. Nie mamy gównianego pojecia,
które
miejsce zajmujemy w rankingu hiszpanskich latarni morskich.
Mozecie
podjac wszelkie sluszne dzialania, na jakie
tylko przyjdzie wam ochota, by zapewnic bezpieczenstwo
waszemu
zasranemu okretowi, który za chwile rozbije sie o skaly;
dlatego
ponownie nalegamy, sugerujemy wam, iz dzialaniem najlepszym,
najbardziej slusznym i najbardziej godnym polecenia bedzie
zmiana
kursu o 15 stopni na poludnie by uniknac zderzenia z nami.
Amerykanie:
OK. Przyjalem, dziekuje.
-------------------------
PRAWDZIWA ROZMOWA NAGRANA NA MORSKIEJ CZESTOTLIWOSCI ALARMOWEJ
CANAL 106, NA WYBRZEZU FINISTERRA (GALICJA) POMIEDZY HISZPANAMI A
AMERYKANAMI 16 PAZDZIERNIKA 1997 ROKU :
piątek, 8 stycznia 2016
Upały, ulewy, manipulacje
W tym przydługim, ale bardzo interesującym tekście staram się udowodnić, że człowiek w swojej głupocie znowu brzydko się bawi.
Dużo podróżuję... Jestem przecież marynarzem.
Po
latach spędzanych na Morzu Północnym, zeszłe lato pływałem u północno –
zachodnich wybrzeży Grenlandii, a teraz, dopiero co, wróciłem z Kabindy
– enklawy Angoli, która jest oddzielona od macierzy Kongiem.
W rzeczy samej, muszę się interesować pogodą. Dodatkowo, w zamierzchłych czasach byłem też radiooficerem i do moich obowiązków należało odbieranie prognoz pogody na całym świecie. Często od takiej prognozy zależał kurs statku i wybrana trasa.
Czyli jakieś tam pojęcie o zjawiskach atmosferycznych mam...
A to powoduje, że żywo interesuję się pogodą, klimatem i wszystkim, co z tym jest związane.
Pytałem
się na Grenlandii mieszkańców, czy zmienia się im klimat, jest cieplej,
lodowce topnieją? Gdzie tam! Jest jak zwykle. Oni nic nie odczuwają.
Podobnie jest na przeważających obszarach Ziemi. Nie ma zmian
globalnych.
Jednakże
nie jesteśmy ślepi. U nas w Polsce klimat się zmienił i każdy to
potwierdzi. Czyżby klimat u nas się zmienił, czy tylko pogoda jest
nietypowa?
Warto więc podać definicję klimatu. Podam moją uproszczoną:
Klimat
to zespół zjawisk pogodowych, takich jak zachmurzenie, opady
atmosferyczne, temperatura i wiatry występujące na danym obszarze w
okresie wieloletnim, standardowo minimum 30 lat.[1]
Więc
raczej nie mamy prawa już mówić o zmianie klimatu, tylko, że na naszym
obszarze występują nietypowe stany pogodowe. Jak ta zima w kwietniu, czy
sierpniowe upały z temperaturami do 38 stopni.
Polska
leży w strefie klimatu umiarkowanego. Powinniśmy mieć wyraźnie
zaznaczone cztery pory roku i płynne przechodzenie od zimy do lata i
odwrotnie. To ostatnio jest zaburzone. Śnieg potrafi spaść na początku
października, lub sroga zima trwać w kwietniu. Latem są nawałnice i
nawet tornada, temperatura sięga do 40 stopni, podczas gdy zimą może
spaść do minus 30. Nasila sie to od paru lat.
Powszechna
opinia światowa, popierana przez rządy i oficjalne agencje
międzynarodowe, stwierdza, że jest to efekt globalnego ocieplenia
wywołanego działaniem antropogenicznym, czyli przemysłową aktywnością
człowieka. Większość niezależnych naukowców twierdzi, że jest to
wierutna bzdura, bo wpływ człowieka na globalne zasoby atmosferyczne nie
przekracza 2%. Moim osobistym zdaniem, rozpętana histeria wokół
globalnego ocieplenia miała wyłącznie na celu nałożenie podatku od
oddychania, bo tak należy traktować wyznaczone limity CO2. Warto
zauważyć, że USA, bardzo aktywny uczestnik tej histerii, nie podpisało
traktatu z Kioto i nie ma określonych limitów CO2. Jak zwykle Europa
popisała się kretyńską nadgorliwością, albo wręcz przeciwnie, sprytem,
przy wprowadzaniu nowego podatku.
Uparciuch
jednak będzie się wykłócał i całkiem słusznie – jeżeli to nie globalne
ocieplenie, to co powoduje takie dziwne stany pogodowe obecnie?
I tu dochodzimy do ciekawostek, owianych mgłą tajemnicy.
Już
w latach 1950 i 1960 państwa, początkowo tylko Stany Zjednoczone i
Rosja, a potem również Chiny i Indie zaczęły zajmować się działalnością
generalnie określaną modyfikacją pogody.[2]
Tak,
tak, liczne instytucje naukowe, w tym oczywiście wojskowe, zostały
wprzęgnięte w znajdywanie sposobów wpływania na zjawiska pogodowe.
Czyli takie manipulacje, by pogoda zmieniała się i poddawała woli człowieka.
To
zresztą tysiącletnie marzenia szamanów i kapłanów. Zaklinano deszcz i
zaklinano suszę. Modlono się o słońce i o dobrą pogodę. Jakie były
efekty tych działań, wiadomo.
Intensywne prace nad modyfikacją pogody w sposób naukowy rozpoczęli równolegle w latach pięćdziesiątych Amerykanie i Rosjanie.
Chociaż
prawdę powiedziawszy, sporo czasu przed nimi walkę z pogodą na małym
obszarze podjęli plantatorzy owoców. Chodziło głównie o zabezpieczenie
zbiorów, przeciwko gradobiciu. Wykoncypowano, że fala akustyczna rozbije
formujący się grad w nadciągającej burzy.
We
Francji już w minionych wiekach bito w dzwony przed zbliżającą się
burzą i w czasie jej trwania, by chronić winnice. Później wynaleziono
armaty gradowe. Dwojakiego typu początkowo. Jedne, które strzelały
nabojami hukowymi (petardami) w chmury, drugie, które powodowały wybuchy
(zazwyczaj gazu) na ziemi, a fala akustyczna, tubami, jak w starym
gramofonie była skierowana w zachmurzone niebo.
Pierwsze armaty gradowe
To właściwie już czasy historyczne, gdzie próbowano sobie jakoś z pogodą poradzić.
Tak naprawdę, naukowo i bojowo zaczęto w latach pięćdziesiątych minionego stulecia.
Na
początku zaczęto stosować jonizację suchego powietrza, aby spowodować
opad deszczu. Trzeba przyznać, ze jakoś to działa, ale nie zawsze i nie
wszędzie. Chyba dzisiaj już praktycznie nikt nie stosuje.
Natomiast dosyć powszechnie stosowane jest tzw. "zasiewanie chmur" (cluds seeding).
[3] Co to takiego? To celowe rozpylanie substancji chemicznych w
chmurach (od dołu z ziemi lub ponad chmurą, z samolotu), tak, aby
spowodować opad deszczu lub śniegu. Używa się tego także do likwidacji
gradu, oraz rozpraszania mgły.
Wiele
substancji chemicznych jest w użyciu. Chyba najpopularniejszy jest
jodek srebra, ale też suchy lód (stały CO2), lub też ciekły propan,
który produkuje kryształki lodu w chmurach w wyższych temperaturach niż
jodek srebra.
A ostatnio bardzo obiecująco wygląda zasiewanie substancjami higroskopijnymi, jak choćby zwykła sól kuchenna.
Bez
wnikania w dokładne detale, szereg procesów chemicznych i fizycznych po
zapyleniu chmury powoduje wytworzenie się dostatecznie dużych kropel
wody lub kryształków lodu, które opadną na ziemię, w postaci deszczu lub
śniegu.
Efektywność
tej metody jest znaczna, jak możemy się co roku przekonać podczas
defilad na Placu Czerwonym, albo, jak pamiętamy, podczas letniej
Olimpiady w Pekinie, gdzie Chińczycy przed ceremoniami otwarcia i
zamknięcia rozgonili chmury rakietami z chemiczną substancją.
Następną istotną modyfikacją pogody jest niszczenie huraganów (Project Stormfury).[4]
Tutaj też zastosowano jodek srebra, który rozpyla się z góry na ściany oka cyklonu/huraganu, celem osłabienia siły i energii.
Próbuje
się też stosować rozlewanie na oceanie, na drodze huraganu, cienkiej
warstewki przyjaznych dla otoczenia olejów, celem odizolowania od źródła
ciepła, czyli energii, jakim dla huraganu są wody oceanu.
Nad
tego typu projektami bardzo intensywnie pracuje się w Stanach
Zjednoczonych, gdzie huragany rokrocznie wyrządzają wielkie szkody.
Istnieją
też projekty dotyczące manipulacji huraganami i burzami. Tutaj głównie
chodzi o zmianę toru poruszania się formacji burzowych, tak, by ominąć
zamieszkałe tereny.
W
tym celu stosuje się: rozpylanie płatków sadzy, celem obniżenia
temperatury i wywołania sztucznego frontu pogodowego; pokrywanie
obszarów morza ciekłym azotem, aby pozbawić burze i sztormy energii;
używanie laserów celem inicjowania błyskawic, co jak wiadomo rozładowuje
energię burzy.
Wszystko to, moi drodzy robi się dzisiaj i to specjalnie się z tym nie kryjąc.
Muszę tu koniecznie podać, że jest konwencja ONZ z 1977 roku zakazująca używania modyfikacji pogody, jako broni.
Czyli jest coś na rzeczy. Pogodą bardzo mocno można manipulować, jeśli
wojskowi przebierają nóżkami. Jestem święcie przekonany, że w razie
czego, gdy konflikt, czy wojna będzie tego wymagać, wojskowi użyją
manipulację pogodą celem pokonania przeciwnika.
Rozmyślając
nad tym, co powyżej napisałem, stawiam moją mocną hipotezę (nie
dotarłem do materiałów, w których to już ktoś ogłosił):
To
nie globalne ocieplenie spowodowane działalnością człowieka, tylko
manipulacje przy modyfikacji pogody są powodem zaburzeń pogodowych i tym
podobnych fenomenów, na obszarach, gdzie dotychczas nie występowały.
Pogoda
nie podlega prostym prawom fizyki. To tak zwana dynamika nieliniowa.
[5] Często zresztą przywoływana jako najlepszy przykład takich zjawisk
fizycznych. Jak do filiżanki kawy powoli wlewasz mleko, to widzisz, jak
na powierzchni (i wgłębi też) tworzą się duże i małe wiry, jak się
przemieszczają i przenikają. To właśnie nasza pogoda w filiżance kawy.
Z
powodów takich, jak ruch wirowy Ziemi, wpływ Słońca i Księżyca,
istnienie prądów oceanicznych, czap lodu na biegunach i jeszcze paru
pomniejszych przyczyn, pogoda na Ziemi nigdy się nie ustabilizuje.
Zawsze będzie zmienna i niespecjalnie przewidywalna.
Pogodę
i inne zjawiska dynamiki nieliniowej opisuje matematyczna teoria
chaosu. [6] Tutaj ważna uwaga – chaos, naukowo nie oznacza totalnego
burdelu i bałaganu. To też pewien specyficzny ład, bardzo czuły na tak
zwane warunki początkowe i zakłócenia.
Wahadło z dodatkowym przegubem
kreślące krzwą chaotyczną ( za każdym razem inną)
Zjawiska fizyczne, w naszym przypadku pogoda, zbliżają się w sposób przypadkowy do pewnej specyficznej krzywej, zwanej atraktorem,jest
jakby nieosiągalną granicą, wokół zjawiska chaotyczne zachodzą. Mogę
śmiało powiedzieć, że takim atraktorem pogody jest klimat na danym
obszarze.
trójwymiarowy atraktor różnych dozwolonych stanów chaotycznych
Jak powiedziałem, pogoda, jako dynamiczne zjawisko chaotyczne jest bardzo czułe na minimalne zmiany w warunkach początkowych.
Często i popularnie mówi się, że ruch skrzydeł motyla w Amazonii może spowodować tornado w Japonii.
Dlatego
też twierdzę, że eksperymenty z modyfikacją pogody, gdzieś na Karaibach
blisko Florydy, czy w Chabarowsku, mogą u nas w Polsce powodować
lokalne tornada. A inne, gdzieś w Chinach na wyspie Hajnan, długotrwałą i
mroźną zimę w całej Centralnej Europie. To oczywiście bardzo trudne do
udowodnienia, ale zgodne z matematyczną teorią.
Póki
Ziemia krąży sobie ze stałą prędkością, Słońce się nie wygłupia,
najważniejsze prądy morskie – El Nino i Prąd Zatokowy są spokojne,
światowa pogoda nie ma powodów do wariactw. Oczywiście są jeszcze ruchy
tektoniczne i aktywność wulkaniczna. To potężne przyczyny wpływu na
pogodę. Ale one statystycznie nie są zbyt częste.
Jednakże,
jeśli człowiek zacznie się bawić w modyfikacje pogody, to już niczego
nie możemy być pewni. Mamy jak w sierpniu temperaturę 37 stopni; później w
nocy wprost parogodzinne oberwanie chmury, a następnie zachmurzenie z
temperaturą zaledwie 20 stopni. To są potężne zmiany na małym obszarze w
wyjątkowo krótkim czasie. Śmiem twierdzić, że normalny rytm pogodowy
został zakłócony.
Czy
dzieje się tak z przyczyn naturalnych, po prostu wieloletnich
okresowych zmian klimatu, czy spowodował to człowiek swoimi
manipulacjami przy modyfikacji pogody?
Ja
mówię, że znowu zaczęliśmy igrać z siłami, które na razie nas
przerastają. Jeszcze więcej takich lekkomyślnych eksperymentów, a
rozpieprzymy pogodę na Ziemi doszczętnie.
[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Klimat
środa, 6 stycznia 2016
Parokrotnie wspomniałem, że coś mi się przytrafiło, gdy parę dni temu wracałem z Konga do kraju. Oto opowieść.
Nocną wizytę mieliśmy już pierwszego dnia, gdy rzuciliśmy kotwicę na redzie Pointe Noir w Kongu.
Wszyscy byliśmy już
mocno zakręceni, bo od trzech dni obowiązkowo raczyliśmy się Malaronem –
drogim, anty-malarycznym specyfikiem, który doktor nam zaaplikował,
dając alternatywę: - co wolicie, sraczkę i mdłości, czy umrzeć? Uczciwie
jednak oświadczył, że malaron nie działa na dengę, również paskudną
chorobę. Malarię powodują komary gryzące po zmierzchu, a dengę komary
atakujące w biały dzień. Niestety, repelentów, żadnych odstraszających
aerozoli, płynów, czy kremów nie mieliśmy na burcie, więc nasze ciało
było swobodnym pastwiskiem dla krwiopijców.
Na zebraniu, przed dojściem na kotwicowisko zdecydowaliśmy się podnieść poziom ISPS (International Ship and Port Security - Międzynarodowy Kodeks Ochrony Statku i Obiektu Portowego). Zwielokrotniono warty i rozpisano grafik dyżurów, zablokowano większość drzwi i włazów, kamery skierowano na ewentualne punkty wtargnięcia na pokład, włączono wszelkie możliwe reflektory. A wszystko to po to, aby uniknąć ataku pirackiego na statek.
Łódź podpłynęła cicho od strony rufy. Faktycznie, tam po slipie statku geosejsmicznego najłatwiej było się dostać do wnętrza. I nasza czujność okazała się cenna. Oczywiście, nie byli to terroryści idący po trupach do ataku, tylko lokalni złodzieje, którzy po cichu chcieli wtargnąć i kraść. Jak to jest w zwyczaju na afrykańskich kotwicowiskach.
Zbierałem się z tego miejsca do repatriacji do domu. Byłem dosyć zadowolony, bo bilet miałem świetny, z lotami: Pointe Noire – Frankfurt – Gdańsk.Lecz tak było tylko do przedostatniego dnia. Niestety, jak to często bywa, agent coś popieprzył, nie dopatrzył, czy nie zapłacił i lot zmieniono na Pointe Noir – Brazzaville (Kongo) – Paryż – Frankfurt – Gdańsk. Czyli jeszcze dwie dodatkowe przesiadki. Do Paryża w taki sposób leciała ze mną grupa sześciu osób, w większości Amerykanów. Druga liczna grupa leciała na wschód, z pierwszym etapem Pointe Noir – Addis Abeba.
Do ostatniej chwili wykonywaliśmy testy i małe naprawy i nieco wkurzeni nie znaliśmy szczegółów transportu do domu. Do ostatniej chwili. Ostatniego dnia wieczorem, poinformowano nas, że łódka zabierze nas na brzeg następnego dnia rano i dalej agent zawiezie nas na lotnisko.
I tak też się stało. Około dziesiątej rano wsiedliśmy na łódkę w sześcioosobowej grupie. Łódeczka marna, typu "afrykańskiego", jednakże przy spokojnym morzu dowiozła nas do portu. Problem zaistniał przy wysiadaniu, gdyż nabrzeże wisiało jakieś dwa metry nad nami, a my z bagażami musieliśmy się przedostać po zwykłej wiotkiej, aluminiowej drabinie, stojącej na chwiejącym się pokładzie. Szczęśliwie wszyscy bez problemu znaleźli się na lądzie.
Po półgodzinnym oczekiwaniu w upale, chociaż nie było pełnego słońca, gdyż całość spowijał żółty mglisty smog, nadjechał bus agenta i zabrał nas na lotnisko. Obowiązkowy przystanek miał miejsce przy biurze imigracyjnym, celem podstemplowania paszportów.
Jechaliśmy przez posępny krajobraz typowych slumsów, parterowych, zbitych byle jak i z byle czego domów. Ciągnęły się one kilometrami, by nagle skończyć się niewiele lepszym lotniskiem. Jedyna różnica to ta, że slumsy były raczej wyludnione, a tu kłębił się tłum. Agent pożegnał nas przy wejściu i odjechał. Koledzy szybko się odprawili, bo lot mieli już za godzinę. Ja się nie spieszyłem, bo przebukowany bilet był na późniejszą porę. Mimo tego zdecydowałem też przejść odprawę, aby uwolnić się od tłumu natarczywych tubylców.
Ściskając moje bagaże, walizkę i plecak, stanąłem w długiej kolejce do odprawy. Posuwała się dosyć szybko i sprawnie dzięki pomocy młodych ludzi z wywieszkami na szyi. W końcu położyłem moją walizkę na wadze i podałem paszport oraz mail z detalami mojego lotu. Odprawiający starszy człowiek dość długo coś sprawdzał. W końcu udał się na zaplecze i po chwili powrócił z drugim urzędnikiem. Wtedy usłyszałem, że owszem bilety mam zabukowane, loty z Brazzaville do Gdańska wykupione, tylko niestety na ten pierwszy odcinek z Pointe Noire biuro zapomniało wykupić bilet i lecieć nie mogę. Kurczę, taka informacja to jak wyrok. Uprzejmie poinformowano mnie, że bilet musi być wykupiony i to szybko.
Kiedyś w podobnej sytuacji w Bombaju uratował mnie telefon komórkowy. Szybkie połączenie z Norwegią i już po pół godzinie bilet czekał na mnie. Tutaj w Kongo niestety klops. Telefon w żadnym wypadku nie chce się zalogować u żadnego z czterech operatorów. Jestem bez komunikacji, zdany całkowicie na własne siły. Wysoka, bardzo arogancka Murzynka w biurze biletowym nie ma najmniejszej ochoty udostępnić telefonu i metodą katarynki informuje mnie, że mam wykupić bilet za 40 tysięcy miejscowej waluty, czyli za około 100 dolarów.
W kieszeni mam przy sobie jakieś 50 dolarów. Lecz mam karty kredytowe. Cóż z tego, na całym lotnisku nie ma ani jednego bankomatu! Teraz byłem już naprawdę zdesperowany i przepocony do suchej nitki. Wtedy, w tej desperacji uśmiechnęło się do mnie szczęście. Mogę to powiedzieć dopiero teraz, bo tam i wtedy, to raczej tylko przysporzyło mi dodatkowych nerwów i niepokoju. Jeden z tych młodych ludzi z plakietką, dbający o porządek na lotnisku musiał mnie obserwować od momentu odprawy. Dowiedział się też pewnie, że mam kłopot z biletem. Podszedł teraz i zaofiarował pomoc. Oczywiście, na samym początku akcji ratunkowej łyknął moje 50 dolarów, jak gęś kluskę. Byłem bardzo nieufny; nie miałem pojęcia z kim mam do czynienia. Równie dobrze mógł to być miejscowy gangster, który postanowił oskubać mnie do cna. Jednakże desperacja w jakiej byłem, nie odrzuca wyciągniętej ręki. Postanowiłem mu zaufać. Faktycznie, po otrzymaniu tej wstępnej kwoty zaczął dość operatywnie działać. Zniknął na parę chwil, by powrócić z oświadczeniem, że miejsce w samolocie jest dla mnie zarezerwowane i zabezpieczone i gdy tylko zdobędę pieniądze, to bilet będę mógł natychmiast wykupić.
Wtedy pokazałem mu kartę kredytową i spytałem o bankomat. Nie mogę powiedzieć, że zajarzył. Idea bankomatu nie była mu dość dobrze znana. Po konsultacjach w biurze, na szczęście dla mnie, powrócił z informacją, że jest taki punkt w Pointe Noire, gdzie mogę z karty kredytowej skorzystać. Musimy tam jechać. Wziąłem swój bagaż, wpakowałem się do taksówki, a lotniskowy pomocnik, na moje wyraźne żądanie wpakował się na przednie siedzenie. Bujna fantazja podsuwała mi już makabryczne obrazy mnie samego wywiezionego gdzieś w busz lub dżunglę, obrabowanego i porzuconego. Mającego już na dłuższy czas pozostać w Kongu.
Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Kierowca zawiózł nas do najważniejszego banku w mieście, gdzie w czymś przypominającym pilnie strzeżony bunkier znajdowało się parę bankomatów. Jak się dowiedziałem, to jedyne miejsce w całym mieście, gdzie są bankomaty. Kongijczycy ufają tylko papierowym pieniądzom.
Wypłaciłem równowartość stu dolarów na bilet i jeszcze 50 na przewidywane łapówki. Jak się później okazało – całkiem słusznie.
Jazda z powrotem na lotnisko.
Mój opiekun na szczęście nie był gangsterem i posiadał pewną moc na tym lotnisku. W krótkim czasie miałem bilet w garści, a potem jeszcze szybciej byłem odprawiony. Przypominam, na lotnisku kłębią się tłumy ludzi.
Prawdziwa tożsamość mojego opiekuna ujawniła się w pełni, gdy już przeprowadzał mnie za rękę bezpośrednio do bramki. Ktoś z tłumu zaprotestował, jakiś nawet elegancko ubrany Kongijczyk, a wtedy mój "partner" chwycił go za klapy, zawołał umundurowanego strażnika i ten gdziś zabrał niezadowolonego oponenta. Czyli, na szczęście dla mnie, opiekun był "zwykłym" tajnym agentem, od których roją się lotniska na całym świecie. I tak jak każdy, gdy tylko okazja się nadarza, chce zarobić. Tylko dlaczego zaraz na wstępie nie pokazał mi swojej legitymacji, żebym sie nie bał, iż mam do czynienia z gangsterem? To żart oczywiście.
Godzina lotu na północny – wschód i lądujemy w Brazzaville. Piękne lotnisko, wybudowane przez Francuzów, lecz jeszcze nieskończone. Więc piekło upalnego stojącego powietrza na cztery godziny oczekiwania na lot do Paryża.
Już po powrocie do domu postanowiłem zerwać z moim pracodawcą. Niedostateczna opieka nad pracownikiem i pewne niechlujstwo i arogancja nie jest zachętą do kontynuowania współpracy. Do tego ta Afryka z malarią, dengą i... paskudnym upałem.
Ps. Tą relację dedykuję wszystkim miłośnikom safari i tak zwanego survivalu.
wtorek, 5 stycznia 2016
Góra Athos – kobietom wstęp wzbroniony
Republika Mnichów - XIII wieków bez jednej kobiety na tym terenie. Ciekawe dlaczego?
W
miedzianym tygielku zagotowałem sobie słuszną porcję kawy po turecku.
Gdybym to tutaj głośno oznajmił, to dostałbym od młodych w zęby. Byłem w
Grecji i tak parzona kawa jest po grecku a nie po wrażym turecku. Napar
dwa razy zabulgotał, zdjąłem z ognia dodałem cukru i, o zgrozo, mleka.
Rozsiadłem
się na tarasie. Czułem, że to będzie dzisiaj więc cierpliwie czekałem.
Chwilę przed wschodem słońca było już dosyć jasno, przyjemnie chłodno, a
morze spokojne, prawie jak tafla lodu, tylko od czasu do czasu było
widać grzbiet pojedynczej fali. Cicho.
I
oto nagle, spoza horyzontu, który był cudownie schowany za lekką mgłą,
tak, że można się tylko było jego domyślać, zaczeły strzelać promienie
słońca. Czerwony rąbek gwiazdy naszej w końcu precyzyjnie określił gdzie
morze, a gdzie niebo. I wtedy oświetlił ją.
Po
raz pierwszy z mgielnego niebytu wyłoniła się święta góra Athos. Jakby
nagle tam przypłynęła. Mogłeś cały dzień wytężać oczy i nic nie
zobaczyć. Ale są takie momenty, a to był właśnie taki jeden, że z
odległości kilkudziesięciu kilometrów widać ten dwu kilometrowy szczyt;
nieco wyższy niż Kasprowy Wierch, a o całe 500 merów nizszy niż Rysy.
Jednak wrażenie jest ogromne, bo to samotny szczyt widoczny od zera,
czyli od poziomu morza.
Znajdowałem
się na Kassandrze, najbardziej zachodnim palcu trójpalczstego Półwyspu
Chalcydyckiego, lub jak kto woli, Halkidiki. Tu przyjeżdża się po
słońce, piaszczyste plaże i ciepłe morze. Ale ja przyjechałem specjalnie
dla trzeciego, wschodniego palca półwyspu, który, od góry również
przyjął nazwę Athos. Środkowy palec, Sithonia jest też piękny, zachęca
do wędrówek, lecz cały jest skalisty. Dla porządku jeszcze dodam, że
znajduję się w greckiej Macedonii, a duże miasto u nasady półwyspu to
Saloniki.
W
mitologii greckiej Athos to imię giganta. Gdy giganci podjęli wojnę z
bogami Olimpu, słynną Gigantomachię, Athos starł się z Posejdonem i
rzucił w niego kawałkiem skały. Tak właśnie powstała góra. Choć inni
mówią, że było odwrotnie – to Posejdon przywalił skałą pokonanego
giganta.
O górze Athos wspomniał Homer w „Iliadzie”. Pisał też o niej Herodot.
Nieco później, chrześcijańska opowieść związana z tą górą jest, kto wie czy nie piękniejsza.
Matka
Boska płynęła w towarzystwie Jana Ewangelisty z Joppy na Cypr,
odwiedzić Łazarza. Sztorm zepchnął ich z trasy, tak, że znaleźli się w
pobliżu półwyspu Athos. Maria zeszła na ląd w miejscu, gdzie obecnie
znajduje się klasztor Iviron. Zachwycona pięknem i dzikością góry
pobłogosławiła to miejsce i poprosiła swojego Syna, aby uczynił tutaj
jej ogrody. Wówczas odezwał się Głos, który rzekł: „Niech to miejsce
stanie się Twoim dziedzictwem i Twoim ogrodem, rajem i niebem zbawienia,
dla tych, którzy zbawiena poszukują”. Od tego momentu góra została
konsekrowana jako ogród Matki Boskiej i żadna kobieta nie miała tutaj
wstepu.
„Palec”
Półwyspu Athos wystaje z Halkidiki na 50 kilometrów. Jego szerokość
jest pomiędzy 7 a 15 kilometrów. Obszar to około 335 kilometrów
kwadratowych. Wody wokół góry są zdradliwe.
Od
ponad tysiąca lat Athos jest autonomiczny i zwany Republiką Mnichów. Na
chwilę obecną to w ramach Grecji okręg autonomiczny, z pilnie strzeżoną
granicą u nasady półwyspu. Dostać się na Athos można jedynie promem.
Ruch jest ściśle kontrolowany przez służby.
Ja
zapragnąłem odbyć pielgrzymke do tego miejsca. Nie będąc wyznawcą
prawosławia, nie jest to takie łatwe. Władze autonomii zezwalają jedynie
na pobyt na terytorium tylko 10 mężczyznom spoza prawosławia. I to po
spełnieniu szeregu warunków i długotrwałym oczekiwaniu.
Czyli
tak, mówiono mi, że dobrze mieć rekomendację od swojego proboszcza, z
deklaracją, ze jestem wierzącym katolikiem. Uzyskałem takie pismo i
przetłumaczyłem je. Potem się
okazało, że nikt specjalnie sie tym nie interesował. Skontaktowałem sie
ze specjalnym biurem w Salonikach, zgłosiłem aplikację, załączyłem
potrzebne papiery i w końcu dostałem upragniony permit. Biuro przyznaje
zgodę na wizytę dla 10 nie-prawosławnych dziennie, oraz 100 Greków i
prawosławnych. Ta „wiza” ważna jest cztery dni. Więc przyjazd trzeba
sobie odpowiednio dopasować.
Młodzieńcy
poniżej 18 roku życia mogą wizytować tylko pod opieką ojca i jak już
powiedziałem, kobiety kompletnie na Athos nie mają wstępu.
I
tak juz jest od ponad tysiąca lat. Nawet hodowane tam zwierzęta, to
same samce. Mnisi tamtejsi to bardzo mądrzy ludzie. Uznali już na
początku, że czczą tylko jednę kobietę – Marię, Matkę Boską, a inne
kobiety nie powinny przebywać w pobliżu (dokładnie ponad 500 metrów od
półwyspu). I powiedzcie, czy nie mają racji? Gdy sprawy boskie, nie
zawsze, ale często wpadną w kobiece ręce, to rozpoczyna się krwawa
jatka. Znam takie, które tysiąc letnią Republikę Mnichów zniszczyłyby w
jeden miesiąc, udawadniając im, jak głęboko się mylą. Toteż, są tam
tylko sami mężczyźni bez wężowej natury niektórych pań.
Historia Republiki Mnichów, ta udokumentowana, zaczęła się jakieś 1300 lat temu pod koniec VIII wieku. Choć Według legendy twórcą pierwszego klasztoru na Athosie byłKonstantyn Wielki,
jednak nie istnieją żadne dokumenty, które potwierdzałyby ten fakt.
Bardziej zorganizowana wspólnota monastyczna uformowała się na Athosie
przed rokiem843, w którym delegacja mnichów z Athos brała udział w uroczystości oficjalnego przywrócenia kultuikon wKonstantynopolu. Czterdzieści lat później mnisi zostali zwolnieni z podatków na mocy dekretu cesarzaBazylego I. Ten sam dokument nadawał im wyłączną własność ziemi na półwyspie.
W tym samym okresie uformowała się wspólna administracja klasztorów
Athosu – rada tworzona przez mnichów różnych, żyjących niezależnie od
siebie wspólnot.
Za początek zorganizowanego na większą skalę życia monastycznego na Athos uważa się powstanie w963 Wielkiej Ławry (oryg. gr.Meghisti - największa).
Zmieniały
sie panowania i królestwa na tym terenie, a klasztory, raczej bez
wiekszych kłopotów trwały i utrzymywały swoją niezależność. Główną
konstytucja atosu był typikon, a rządziła Święta Wspólnota (Święte Zgromadzenie gr.Iera Koinotis).
W okresie największego rozkwitu na Athos mieszkało nawet 10 tysiecy
mnichów. Obecnie zamieszkuje tam około 2 tysiecy. Tradycyjnie mnisi
naplywają od stuleci z Grecji, Serbii, Bułgarii, Rosji. Prawie ¼ posiada
wyższe wykształcenie.
Ostatnia wersja konstytucji greckiej z1975 w
wyczerpujący sposób reguluje status Athosu jako obszaru autonomicznego
pod władzą rządu Grecji i religijną jurysdykcją patriarchy
Konstantynopola (nie zaśautokefalicznego Greckiego Kościoła Prawosławnego).
Półwyspem zarządzają organy powoływane przez 20 autonomicznych
klasztorów; zabroniona jest wszelka modyfikacja ich liczby oraz relacji
między nimi (hierarchiczna kolejność monasterów).
Wszyscy mnisi podejmujący życie na Athosie są automatycznie uznawani za
osoby narodowości greckiej. Nie ma natomiast możliwości zamieszkania na
półwyspie dla osób niebędących wyznawcami prawosławia. Szczególny
status Athosu reguluje artykuł 105 konstytucji Grecji.
Athos
nie jest podłączony do krajowej sieci energetycznej, jednak w
monasterach są wykorzystywane urządzenia elektryczne, na ograniczoną
skalę również samochody, łodzie motorowe oraz komputery. Od1997 na
terenie półwyspu znajduje się antena telefonii komórkowej. Stopień
wprowadzania na Athos nowych urządzeń technicznych pozostaje jednak
przedmiotem dyskusji we wspólnocie.
Ze względu na wielką wartość historyczną i kulturalną Athos został wpisany nalistę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.
Wspólnotę góry Athos tworzy 20 monasterów, wymienianych zawsze w stałej kolejności.Liczba ta i hierarchia mają charakter stały[54]. Są to[54]:
- Wielka Ławra - Meghisti Laura
- Klasztor Watopedi (grecki)
- Klasztor Iwiron (grecki, dawniej gruziński)
- Klasztor Chilandar (serbski)
- Klasztor św. Dionizego (grecki)
- Klasztor Kutlumus (grecki)
- Klasztor Pantokratora (grecki)
- Klasztor Kseropotamu (grecki)
- Klasztor Zografu (bułgarski)
- Klasztor Dochiariu (grecki)
- Klasztor Karakalu (grecki)
- Klasztor Filoteu (grecki)
- Klasztor Simonopetra (grecki)
- Klasztor św. Pawła (grecki)
- Klasztor Stawronikita (grecki)
- Klasztor Ksenofonta (grecki)
- Klasztor Grigoriu (grecki)
- Klasztor Esfigmenu (grecki)
- Klasztor św. Pantelejmona (rosyjski)
- Klasztor Kastamonitu (grecki)
Wszystkie
monastery Athos wzniesione są według stałego planu architektonicznego,
którego celem jest zapewnienie klasztorom bezpieczeństwa. Centralnym
punktem kompleksu zabudowań każdego klasztoru jest główna świątynia - katholikon.
Budynki mieszkalne i użytkowe są wzniesione wokół dziedzińca
otaczającego katholikon oraz otoczone murami. Całość jest rozplanowana
na rzucie trapezu lub równoległoboku. Wjazd na teren monasteru jest
możliwy przez jedyną bramę, która jest dodatkowo umocniona i zamykana
każdorazowo w momencie zachodu słońca. Część klasztorów posiada
dodatkowo wysokie wieże obronne.
Każdy
z monasterów jest kierowany przez przełożonego, którego w tajnym
głosowaniu wybiera cała wspólnota mnichów. Urząd ten zwyczajowo pełniony
jest dożywotnio. W zarządzaniu klasztorem przełożonemu pomaga rada
starców (gr. gerontia).
Oprócz
20 monasterów, na Athosie działają mniejsze wspólnoty mnichów lub też
miejsca, w których mogą żyć zakonnicy-pustelnicy. Ilość wspólnot
nieposiadających statusu monasterów nie jest ograniczona i ulega stałej
zmianie. Zależnie od ilości zamieszkujących je mnichów posiadają one
status:
- skitów ( klasztory, mniejsze, nie bedące monastyrami)
- kaliwii (z gr. chaty),
- kelii (z gr. cele),
- katism (z gr. chaty),
- hezychasterii (pustelni)
Podstawą
reguły obowiązującej na Athos pozostają wytyczne założycieli klasztorów
z X wieku. Podobnie jak w wypadku innych chrześcijańskich wspólnot
monastycznych, za filary życia zakonnika uważa się czystość, ubóstwo i
posłuszeństwo.
Warunkiem
przyjęcia do jednego z klasztorów Athos jest ukończenie 18 lat,
uregulowanie kwestii stanu cywilnego oraz kwestii spadkowych oraz
wyrażenie nieprzymuszonej woli dołączenia do wspólnoty monastycznej.
Nowicjusze są zobowiązani do zerwania wszystkich związków ze światem
świeckim. Zwyczajowy okres próby, poprzedzający złożenie ślubów
wieczystych, trwa dwa lata.
Wszystkie monastery Athos posiadają identyczny, ściśle uregulowany rozkład dnia:
- 4.00 – modlitwy poranne oraz nabożeństwo jutrzni,
- ok. 7.00 – posiłek,
- do godz. 12.00 – praca na rzecz monasteru,
- 12.00–15.00 - odpoczynek,
- ok. 15.00 – praca na rzecz monasteru,
- ok. 17 – nieszpory, bezpośrednio po nabożeństwie - posiłek, następniekompleta i czas na samodzielne modlitwy w celach.
Wstałem rano, wziąłem przygotowany, tak jak zalecają plecak, ubrałem wygodne buty i wyjechałem doOuranoupolis,
gdzie o 6:30 odpływał prom na Mount Athos. Oczywiście długie spodnie
obowiazkowo, a kamery, pod groźbą konfiskaty zabronione.
Dwugodzinny
rejs i jesteśmy w porcie Dafni w Świętej Górze Athos – Republice
Mnichów od 13 stuleci. Odczucia tylko porównywalne z tymi z Watykanu,
czy np. Mediolańskiego Duomo. (W Ziemi Świętej, niestey nie byłem).
Zwiedzałem wszystko na piechotę. Wrażenia są monumentalne. Przepych
monastyrów jest na prawdę bizantyjski. Na co się spojrzy jest bezcennym
skarbem. I mnisi – cisi, lecz dostojni. Człowiek wpada w coś w rodzaju
ekstazy i nawet chwilami żałuje, że nie jest wyznawcą prawosławia. Tak
to silnie działa.
Tu już nie ma co opowiadać, tu mozna tylko patrzeć.
środa, 30 grudnia 2015
Srebrny król
Gallux, jak się radośnie okazało, rówieśnik i sąsiad z sopockiego monciaka przedstawił herb miasta. A na nim co? Biała mewa trzymająca w szponach śledzia. W herbie Gdyni mamy aż dwa złote śledzie.
Jestem
chyba wyjatkiem wśród braci marynarskiej – kocham ryby. To znaczy
konkretnie – kocham jeść ryby. Może jeszcze nie w takim stopniu, jak
koledzy Norwegowie, czy Filipińczycy, jednakże, jako Polak, w stopniu
naprawdę wysokim. No i dobrze wiecie, że jestem niebylejakim smakoszem.
No,
więc co jest królem w kuchni? Łosoś? Tylko, jako uduszony w całosci pod
pierzynka z porów. A to za mało, by królować. Najdroższa ryba na
polskim rynku, za to nietykalna w Norwegii, czyli węgorz? To jest
rarytas. Zarówno w galaretce jak i ten najwspanialszy – dwukilowa
uwędzona tradycyjnie sztuka. Ale, za jaką cenę?! Dorsz też już się
zrobił drogi i jest go coraz mniej. Ostatnio w polskich restauracjach
króluje importowana sola. To rzeczywiście świetna ryba, brytyjski
delikates. A u nas przez dobrych kucharzy podawana na szpinaku z
delikatnym beszamelem. Jednakże to obcokrajowiec, podobnie jak tuńczyk,
miecznik, czy halibut.
Jeziora
nasze też roją się od smakołyków. Szczególnie obecnie, gdy np. Kaszubi,
czy Mazurzy prowadzą świadomą politykę szlachetnego zarybiania. Sieja,
sielawa, lin czy sandacz; nawe ponownie sprowadzony z powodzeniem
jesiotr, to przysmaki, jakich próżno szukać na świecie. Nawet okonie są
cudowne, jeżeli odpowiednio duże i odfiletowane.
Nie wymieniłem nawet jednej piątej cudownych darów naszych jezior i rzek. A i tak na stołach króluje hodowlany pstrąg.
Ale
nie o tym chcę tu teraz pisać. To ma być o królu ryb z tysiącletnią
tradycją. To z jego powodu powstawały i upadały miasta, a królowie
wydawali przywileje.
Mowa
oczywiście, jak się już pewnie domyśliliście o śledziu. Tak, tak, rybka
raczej niepozorna, ale za to jaka i co z niej mozna zrobić.
Nie
byłem z wami w kraju w środę popielcową. Chyba w większości tradycyjnie
polskich rodzin podawany był postny śledzik (u mnie zazwyczaj w
śmietanie) z kartofelkami w mundurkach okraszonymi masełkiem. Dopiero co
minęło Boże Narodzenie, gdzie śledź ma swoje stałe miejsce i to
przyrządzony aż na trzy sposoby. Niestety, na wigilijnym stole musi
ustąpić pierszeństwa karpiowi.
Do
napisania o ulubionej rybie zachęcił mnie zgrabny artykuł Anny
Monickiej w „W sieci”. Właściwie to mnie wyprzedziła, bo temat o śledziu
miałem juz zapisany w kajeciku od dawna. A teraz się borykam, żeby tą
obszerną wiedzę zmieścic tutaj w paru słowach.
Przekonany
jestem, że właśnie śledź i sól odegrały historycznie największą role w
kształtowaniu Europy. Przekonany jestem, że gdy w 1103 r. Bolesław
Krzywousty oblegał Kołobrzeg, to czynił to właśnie w sprawie dostepu do
świerzych i solonych śledzi. Później w Rzeczpospolitej handel śledziem
był pilnie strzeżonym przywilejem. Otrzymywały go głównie miasta. Miały
ten przywilej Oświęcim, Kraków Sandomierz, Toruń i Poznań. Niewiele.
A
w Europie śledź zbudował potęgę Hanzy. Ta handlowa republika miast była
potęgą i praktycznie zmonopolizowała cały handel śledziem.
No
dobrze, co takiego było w tym sledziu, że został takim porządanym
towarem. Raz to jego masowość i występowanie we wielkich ławicach. A po
drugie, wynaleziony i opracowany przez Holendrów sposób jego
konserwowania i długotrwałego przechowywania. Lecz zanim już do tego
doszło, to śledź już w XIII wieku podbił Europę.
Dla
naukowców z HMAP (History of Marine Animal Population) historyczny
rozwój Europy był pod tak silnym wpływem połowów śledzia, ze smiało
można powiedzieć, iż to rybołówstwo było najważniejszym w historii
swiata. Co ważne, to śledź bałtycki wlaśnie zwany „morskim srebrem”
spowodował, że Bałtyk stał się handlowym centrum i skrzyżowaniem
łączącym Wschodnią i Zachodnią Europę. Stolicą została Lubeka.
Producentami i twórcami solonego śledzia byli Skandynawowie, nasi
Pomorzanie, a później Kaszubi.
Jak
wspomniałem, w XIV wieku Holendrzy udoskonalili metodę jego
konserwowania i przechowywania. Właśnie wtedy powstało stwierdzenie,
które stało sie przysłowiem – „ryba psuje sie od głowy”. A konkretnie od
skrzeli i planktonu, pokarmu sledzi, który na tychże skrzelach się
gromadzi i psuje. Więc zaraz po wyjeciu z wody sledzia pozbawia sie
skrzeli, serca, watroby. Zostawia sie gonady, śledzionę i wyrostki
pyloryczne waże do dojrzewania zasolonych sledzi. Enzymy, które tam są
nadają rybom właściwy smak.
Dodatkowym wynalazkiem Holendrów było zaprzestanie przesypywania śledzi miałką solą, tylko zanurzanie ich w solance.
No więc śledzie do beczułek z solanką, niech sobie parę tygodni postoją, a potem mniam.
Malutka
dygresja. Uważam, ze to własnie z powodu śledzi powstali Kaszubi. Jest
jeszcze dużo niewyjaśnionych sporów, co do tego słowiańskiego plemienia.
Jednakże nazwa ta ukazuje się oficjalnie w XIII wieku. Wówczas to,
właśnie w pogoni za śledziem, na obszarach Kaszub zaczęli się również,
obok rdzennej ludności, osiedlać Holendrzy i Niemcy.
Powstała
mieszanina narodowa ukształtowała Kaszubów z ich specyficznym językiem,
alfabetem i tradycjami. Wszystko to przez śledzia.
Niepisanym
królestwem śledzia, a w szczególności tego najszlachetniejszego –
matjasa, jest Holandia. Czeste nieporozumienie – matjas nie jest odmianą
sledzia, to młody, tłusty sledź, który jeszcze nigdy nie był na tarle.
To właśnie holenderskie grune matje herring
są dla smakoszy wzorcem sledzia. Zlowione między połową maja a końcem
czerwca, tradycyjnie zasolone, mają starczyć na cały rok. Zaznaczę
tylko, że „grune” nie oznacza koloru, tylko „świeży”. Jak zielone
jabłka.
Tak
więc wzorzec najlepszego śledzia, czyli grune matjes herring, to
świeżutki, młody sledź, który jeszcze nigdy nie odbył tarła.
Nasz
śledź, którego znamy, jest rybą wybitnie atlantycką, ławicami
zamieszkującą również Bałtyki Morze Północne. Jego odmiana z
atlantyckich wybrzeży USA i Kanady to aloza, nieco złocista i też
wspaniała.
Ale, ale, wiecie gdzie obecnie odbywają się największe połowy śledzia?
Na Pacyfiku, u wybrzeży Stanów i Kanady, śledź pacyficzny jest bliskim kuzynem naszego i ma te same obyczaje.
Połowy
śledzia tam to wielkie zorganizowane akcje. Samoloty rozpoznawcze
poszukują ławic śledzia. Następnie helikoptery kontrolują ich
przemieszczanie. I na dane hasło wyrusza na połów wielka flotylla kutrów
rybackich.
Wiecie po co oni tego biednego śledzia tak łowią, ze w 1983 omalże go całkowicie nie przetrzebili?
Dla ikry!!! W szczególności w Japonii, lecz też w innych krajach azjatyckich śledziowa ikra jest niebywałym przysmakiem.
W Japoni toKazunoko (数の子/鯑)
– ikra śledzia, droższa od wszystkich kawiorów. Więc nie dziwota, że
kanadyjscy i amerykańscy rybacy raz do roku dostają hipsa i masowo
odławiają śledzia. Mięsa niestety, barbarzyńcy nie cenią i używają, jako
przynętę na łososia. Jaki to gastronomicznie prymitywny naród niech
świadczy fakt, że gdy byłem w Sitce na Alasce i złowiliśmy
pięknego łososia, to te głupki już chciały wyrzucić prawie dwa
kilogramy kawioru, cymes,kulki jak wiśnie, bo oni uznają tylko steki z
tego łososia.
Wiadomo,
najlepszy śledź prosto z beczki. Tylko go znajdź dzisiaj. Regularnie
przeczesuję gdyńską halę rybną, by natrafić na śledzia z beczki.
Jednakże,
dla leniuszków i tych, co nie lubią się babrać, proponuję zafoliowane
filety śledziowe a’la matjas znanej firmy L. Po wyjęciu, możemy w
zalezności go opłukać (ja lubie słone, więc tego nie robię), a nastepnie
pokroic na dzwonka i przesypać drobno pokrojoną cebulką (Skandynawowie
uznają tylko czerwoną) i jak kto lubi, tak samo pokrojoną szarą renetą,
zalac dobrą oliwą i wstawic na dzień do lodówki.
Podobnie
przyprawiony, tylko z dużą ilością pieprzu i zalany smietaną, jest
fantastycznym daniem z ziemniakami w mundurkach. Do tego mamy tysiące
różnorodnych marynat, z rolmopsem na czele. Nie przepadam za
skandynawskimi produktami, bo sa dla mnie za słodkie i za korzenne.
Za czasów komuny śledzik był konkurencją dla „meduzy”, jako przekąska do „lornety”. Znawcy pamietają co to.
______________________________
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)