Parokrotnie wspomniałem, że coś mi się przytrafiło, gdy parę dni temu wracałem z Konga do kraju. Oto opowieść.
Nocną wizytę mieliśmy już pierwszego dnia, gdy rzuciliśmy kotwicę na redzie Pointe Noir w Kongu.
Wszyscy byliśmy już
mocno zakręceni, bo od trzech dni obowiązkowo raczyliśmy się Malaronem –
drogim, anty-malarycznym specyfikiem, który doktor nam zaaplikował,
dając alternatywę: - co wolicie, sraczkę i mdłości, czy umrzeć? Uczciwie
jednak oświadczył, że malaron nie działa na dengę, również paskudną
chorobę. Malarię powodują komary gryzące po zmierzchu, a dengę komary
atakujące w biały dzień. Niestety, repelentów, żadnych odstraszających
aerozoli, płynów, czy kremów nie mieliśmy na burcie, więc nasze ciało
było swobodnym pastwiskiem dla krwiopijców.
Na
zebraniu, przed dojściem na kotwicowisko zdecydowaliśmy się podnieść
poziom ISPS (International Ship and Port Security - Międzynarodowy
Kodeks Ochrony Statku i Obiektu Portowego). Zwielokrotniono warty i
rozpisano grafik dyżurów, zablokowano większość drzwi i włazów, kamery
skierowano na ewentualne punkty wtargnięcia na pokład, włączono wszelkie
możliwe reflektory. A wszystko to po to, aby uniknąć ataku pirackiego
na statek.
Łódź
podpłynęła cicho od strony rufy. Faktycznie, tam po slipie statku
geosejsmicznego najłatwiej było się dostać do wnętrza. I nasza czujność
okazała się cenna. Oczywiście, nie byli to terroryści idący po trupach
do ataku, tylko lokalni złodzieje, którzy po cichu chcieli wtargnąć i
kraść. Jak to jest w zwyczaju na afrykańskich kotwicowiskach.
Zbierałem
się z tego miejsca do repatriacji do domu. Byłem dosyć zadowolony, bo
bilet miałem świetny, z lotami: Pointe Noire – Frankfurt – Gdańsk.Lecz
tak było tylko do przedostatniego dnia. Niestety, jak to często bywa,
agent coś popieprzył, nie dopatrzył, czy nie zapłacił i lot zmieniono na
Pointe Noir – Brazzaville (Kongo) – Paryż – Frankfurt – Gdańsk. Czyli
jeszcze dwie dodatkowe przesiadki. Do Paryża w taki sposób leciała ze
mną grupa sześciu osób, w większości Amerykanów. Druga liczna grupa
leciała na wschód, z pierwszym etapem Pointe Noir – Addis Abeba.
Do
ostatniej chwili wykonywaliśmy testy i małe naprawy i nieco wkurzeni
nie znaliśmy szczegółów transportu do domu. Do ostatniej chwili.
Ostatniego dnia wieczorem, poinformowano nas, że łódka zabierze nas na
brzeg następnego dnia rano i dalej agent zawiezie nas na lotnisko.
I
tak też się stało. Około dziesiątej rano wsiedliśmy na łódkę w
sześcioosobowej grupie. Łódeczka marna, typu "afrykańskiego", jednakże
przy spokojnym morzu dowiozła nas do portu. Problem zaistniał przy
wysiadaniu, gdyż nabrzeże wisiało jakieś dwa metry nad nami, a my z
bagażami musieliśmy się przedostać po zwykłej wiotkiej, aluminiowej
drabinie, stojącej na chwiejącym się pokładzie. Szczęśliwie wszyscy bez
problemu znaleźli się na lądzie.
Po
półgodzinnym oczekiwaniu w upale, chociaż nie było pełnego słońca, gdyż
całość spowijał żółty mglisty smog, nadjechał bus agenta i zabrał nas
na lotnisko. Obowiązkowy przystanek miał miejsce przy biurze
imigracyjnym, celem podstemplowania paszportów.
Jechaliśmy
przez posępny krajobraz typowych slumsów, parterowych, zbitych byle jak
i z byle czego domów. Ciągnęły się one kilometrami, by nagle skończyć
się niewiele lepszym lotniskiem. Jedyna różnica to ta, że slumsy były
raczej wyludnione, a tu kłębił się tłum. Agent pożegnał nas przy wejściu
i odjechał. Koledzy szybko się odprawili, bo lot mieli już za godzinę.
Ja się nie spieszyłem, bo przebukowany bilet był na późniejszą porę.
Mimo tego zdecydowałem też przejść odprawę, aby uwolnić się od tłumu
natarczywych tubylców.

Ściskając
moje bagaże, walizkę i plecak, stanąłem w długiej kolejce do odprawy.
Posuwała się dosyć szybko i sprawnie dzięki pomocy młodych ludzi z
wywieszkami na szyi. W końcu położyłem moją walizkę na wadze i podałem
paszport oraz mail z detalami mojego lotu. Odprawiający starszy człowiek
dość długo coś sprawdzał. W końcu udał się na zaplecze i po chwili
powrócił z drugim urzędnikiem. Wtedy usłyszałem, że owszem bilety mam
zabukowane, loty z Brazzaville do Gdańska wykupione, tylko niestety na
ten pierwszy odcinek z Pointe Noire biuro zapomniało wykupić bilet i
lecieć nie mogę. Kurczę, taka informacja to jak wyrok. Uprzejmie
poinformowano mnie, że bilet musi być wykupiony i to szybko.

Kiedyś
w podobnej sytuacji w Bombaju uratował mnie telefon komórkowy. Szybkie
połączenie z Norwegią i już po pół godzinie bilet czekał na mnie. Tutaj w
Kongo niestety klops. Telefon w żadnym wypadku nie chce się zalogować u
żadnego z czterech operatorów. Jestem bez komunikacji, zdany całkowicie
na własne siły. Wysoka, bardzo arogancka Murzynka w biurze biletowym
nie ma najmniejszej ochoty udostępnić telefonu i metodą katarynki
informuje mnie, że mam wykupić bilet za 40 tysięcy miejscowej waluty,
czyli za około 100 dolarów.
W
kieszeni mam przy sobie jakieś 50 dolarów. Lecz mam karty kredytowe.
Cóż z tego, na całym lotnisku nie ma ani jednego bankomatu! Teraz byłem
już naprawdę zdesperowany i przepocony do suchej nitki. Wtedy, w tej
desperacji uśmiechnęło się do mnie szczęście. Mogę to powiedzieć dopiero
teraz, bo tam i wtedy, to raczej tylko przysporzyło mi dodatkowych
nerwów i niepokoju. Jeden z tych młodych ludzi z plakietką, dbający o
porządek na lotnisku musiał mnie obserwować od momentu odprawy.
Dowiedział się też pewnie, że mam kłopot z biletem. Podszedł teraz i
zaofiarował pomoc. Oczywiście, na samym początku akcji ratunkowej łyknął
moje 50 dolarów, jak gęś kluskę. Byłem bardzo nieufny; nie miałem
pojęcia z kim mam do czynienia. Równie dobrze mógł to być miejscowy
gangster, który postanowił oskubać mnie do cna. Jednakże desperacja w
jakiej byłem, nie odrzuca wyciągniętej ręki. Postanowiłem mu zaufać.
Faktycznie, po otrzymaniu tej wstępnej kwoty zaczął dość operatywnie
działać. Zniknął na parę chwil, by powrócić z oświadczeniem, że miejsce w
samolocie jest dla mnie zarezerwowane i zabezpieczone i gdy tylko
zdobędę pieniądze, to bilet będę mógł natychmiast wykupić.
Wtedy
pokazałem mu kartę kredytową i spytałem o bankomat. Nie mogę
powiedzieć, że zajarzył. Idea bankomatu nie była mu dość dobrze znana.
Po konsultacjach w biurze, na szczęście dla mnie, powrócił z informacją,
że jest taki punkt w Pointe Noire, gdzie mogę z karty kredytowej
skorzystać. Musimy tam jechać. Wziąłem swój bagaż, wpakowałem się do
taksówki, a lotniskowy pomocnik, na moje wyraźne żądanie wpakował się na
przednie siedzenie. Bujna fantazja podsuwała mi już makabryczne obrazy
mnie samego wywiezionego gdzieś w busz lub dżunglę, obrabowanego i
porzuconego. Mającego już na dłuższy czas pozostać w Kongu.
Na
szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Kierowca zawiózł nas do
najważniejszego banku w mieście, gdzie w czymś przypominającym pilnie
strzeżony bunkier znajdowało się parę bankomatów. Jak się dowiedziałem,
to jedyne miejsce w całym mieście, gdzie są bankomaty. Kongijczycy ufają
tylko papierowym pieniądzom.
Wypłaciłem równowartość stu dolarów na bilet i jeszcze 50 na przewidywane łapówki. Jak się później okazało – całkiem słusznie.
Jazda z powrotem na lotnisko.
Mój
opiekun na szczęście nie był gangsterem i posiadał pewną moc na tym
lotnisku. W krótkim czasie miałem bilet w garści, a potem jeszcze
szybciej byłem odprawiony. Przypominam, na lotnisku kłębią się tłumy
ludzi.
Prawdziwa
tożsamość mojego opiekuna ujawniła się w pełni, gdy już przeprowadzał
mnie za rękę bezpośrednio do bramki. Ktoś z tłumu zaprotestował, jakiś
nawet elegancko ubrany Kongijczyk, a wtedy mój "partner" chwycił go za
klapy, zawołał umundurowanego strażnika i ten gdziś zabrał
niezadowolonego oponenta. Czyli, na szczęście dla mnie, opiekun był
"zwykłym" tajnym agentem, od których roją się lotniska na całym świecie.
I tak jak każdy, gdy tylko okazja się nadarza, chce zarobić. Tylko
dlaczego zaraz na wstępie nie pokazał mi swojej legitymacji, żebym sie
nie bał, iż mam do czynienia z gangsterem? To żart oczywiście.
Godzina
lotu na północny – wschód i lądujemy w Brazzaville. Piękne lotnisko,
wybudowane przez Francuzów, lecz jeszcze nieskończone. Więc piekło
upalnego stojącego powietrza na cztery godziny oczekiwania na lot do
Paryża.
Już
po powrocie do domu postanowiłem zerwać z moim pracodawcą.
Niedostateczna opieka nad pracownikiem i pewne niechlujstwo i arogancja
nie jest zachętą do kontynuowania współpracy. Do tego ta Afryka z
malarią, dengą i... paskudnym upałem.
Ps. Tą relację dedykuję wszystkim miłośnikom safari i tak zwanego survivalu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz