sobota, 9 stycznia 2016

Takie sobie morskie gadki

Hiszpanie (w tle slychac trzaski):

Tu mówi A-853, prosimy, zmiencie kurs o 15
stopni na poludnie, by uniknac kolizji... Plyniecie
wprost na nas,
odleglosc 25 mil morskich.

Amerykanie (trzaski w tle):

Sugerujemy wam zmiane kursu o 15 stopni na
pólnoc, by uniknac kolizji.

Hiszpanie:

Odmowa. Powtarzamy: zmiencie swój kurs o 15
stopni na poludnie, by uniknac kolizji...

Amerykanie (inny glos):

Tu mówi kapitan jednostki plywajacej Stanów
Zjednoczonych Ameryki. Nalegamy, byscie zmienili
swój kurs o 15
stopni na pólnoc, by uniknac kolizji.

Hiszpanie:

Nie uwazamy tego ani za sluszne, ani za mozliwe
do wykonania. Sugerujemy wam zmiane kursu o 15
stopni na poludnie,
by uniknac zderzenia z nami.

Amerykanie (ton glosu swiadczacy o wscieklosci):

Tu mówi kapitan Richard James Howard, dowodzacy
lotniskowcem USS Lincoln marynarki wojennej Stanów
Zjednoczonych;
drugim co do wielkosci okretem floty amerykanskiej.
Eskortuja nas
dwa okrety pancerne, szesc niszczycieli, piec
krazowników, cztery okrety
podwodne oraz liczne jednostki wspomagajace. Udajemy
sie w kierunku
Zatoki Perskiej w celu przeprowadzenia manewrów
wojennych w obliczu
mozliwej ofensywy ze strony wojsk irackich. Nie
sugeruje...
ROZKAZUJE WAM ZMIENIC KURS O 15 STOPNI NA PÓLNOC!
W przeciwnym razie bedziemy zmuszeni podjac
dzialania konieczne by zapewnic
bezpieczenstwo temu okretowi, jak równiez silom
koalicji. Nalezycie
do panstwa sprzymierzonego, jestescie czlonkiem NATO
i rzeczonej koalicji.
Zadam natychmiastowego posluszenstwa i usuniecia sie z
drogi!

Hiszpanie:

Tu mówi Juan Manuel Salas Alcántara. Jest nas
dwóch. Eskortuje nas nasz pies, jest tez z nami nasze
jedzenie, dwa
piwa i kanarek, który teraz spi. Mamy poparcie lokalnego
radia La Coruna
i morskiego kanalu alarmowego 106. Nie udajemy sie w zadnym
kierunku i mówimy do was ze stalego ladu, z latarni morskiej
A-853
Finisterra, z wybrzeza Galicji. Nie mamy gównianego pojecia,
które
miejsce zajmujemy w rankingu hiszpanskich latarni morskich.
Mozecie
podjac wszelkie sluszne dzialania, na jakie
tylko przyjdzie wam ochota, by zapewnic bezpieczenstwo
waszemu
zasranemu okretowi, który za chwile rozbije sie o skaly;
dlatego
ponownie nalegamy, sugerujemy wam, iz dzialaniem najlepszym,
najbardziej slusznym i najbardziej godnym polecenia bedzie
zmiana
kursu o 15 stopni na poludnie by uniknac zderzenia z nami.

Amerykanie:
OK. Przyjalem, dziekuje.

-------------------------

PRAWDZIWA ROZMOWA NAGRANA NA MORSKIEJ CZESTOTLIWOSCI ALARMOWEJ
CANAL 106, NA WYBRZEZU FINISTERRA (GALICJA) POMIEDZY HISZPANAMI A
AMERYKANAMI 16 PAZDZIERNIKA 1997 ROKU :

piątek, 8 stycznia 2016

Upały, ulewy, manipulacje




W tym przydługim, ale bardzo interesującym tekście staram się udowodnić, że człowiek w swojej głupocie znowu brzydko się bawi.

 






Dużo podróżuję... Jestem przecież marynarzem.
Po latach spędzanych na Morzu Północnym, zeszłe lato pływałem u północno – zachodnich wybrzeży Grenlandii, a teraz, dopiero co, wróciłem z Kabindy – enklawy Angoli, która jest oddzielona od macierzy Kongiem.
W rzeczy samej, muszę się interesować pogodą. Dodatkowo, w zamierzchłych czasach byłem też radiooficerem i do moich obowiązków należało odbieranie prognoz pogody na całym świecie. Często od takiej prognozy zależał kurs statku i wybrana trasa.
Czyli jakieś tam pojęcie o zjawiskach atmosferycznych mam...
A to powoduje, że żywo interesuję się pogodą, klimatem i wszystkim, co z tym jest związane.

Pytałem się na Grenlandii mieszkańców, czy zmienia się im klimat, jest cieplej, lodowce topnieją? Gdzie tam! Jest jak zwykle. Oni nic nie odczuwają. Podobnie jest na przeważających obszarach Ziemi. Nie ma zmian globalnych.

Jednakże nie jesteśmy ślepi. U nas w Polsce klimat się zmienił i każdy to potwierdzi. Czyżby klimat u nas się zmienił, czy tylko pogoda jest nietypowa?
Warto więc podać definicję klimatu. Podam moją uproszczoną:

Klimat to zespół zjawisk pogodowych, takich jak zachmurzenie, opady atmosferyczne, temperatura i wiatry występujące na danym obszarze w okresie wieloletnim, standardowo minimum 30 lat.[1]

Więc raczej nie mamy prawa już mówić o zmianie klimatu, tylko, że na naszym obszarze występują nietypowe stany pogodowe. Jak ta zima w kwietniu, czy sierpniowe upały z temperaturami do 38 stopni.
Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego. Powinniśmy mieć wyraźnie zaznaczone cztery pory roku i płynne przechodzenie od zimy do lata i odwrotnie. To ostatnio jest zaburzone. Śnieg potrafi spaść na początku października, lub sroga zima trwać w kwietniu. Latem są nawałnice i nawet tornada, temperatura sięga do 40 stopni, podczas gdy zimą może spaść do minus 30. Nasila sie to od paru lat.

Powszechna opinia światowa, popierana przez rządy i oficjalne agencje międzynarodowe, stwierdza, że jest to efekt globalnego ocieplenia wywołanego działaniem antropogenicznym, czyli przemysłową aktywnością człowieka. Większość niezależnych naukowców twierdzi, że jest to wierutna bzdura, bo wpływ człowieka na globalne zasoby atmosferyczne nie przekracza 2%. Moim osobistym zdaniem, rozpętana histeria wokół globalnego ocieplenia miała wyłącznie na celu nałożenie podatku od oddychania, bo tak należy traktować wyznaczone limity CO2. Warto zauważyć, że USA, bardzo aktywny uczestnik tej histerii, nie podpisało traktatu z Kioto i nie ma określonych limitów CO2. Jak zwykle Europa popisała się kretyńską nadgorliwością, albo wręcz przeciwnie, sprytem, przy wprowadzaniu nowego podatku.

Uparciuch jednak będzie się wykłócał i całkiem słusznie – jeżeli to nie globalne ocieplenie, to co powoduje takie dziwne stany pogodowe obecnie?
I tu dochodzimy do ciekawostek, owianych mgłą tajemnicy.

Już w latach 1950 i 1960 państwa, początkowo tylko Stany Zjednoczone i Rosja, a potem również Chiny i Indie zaczęły zajmować się działalnością generalnie określaną modyfikacją pogody.[2]

Tak, tak, liczne instytucje naukowe, w tym oczywiście wojskowe, zostały wprzęgnięte w znajdywanie sposobów wpływania na zjawiska pogodowe.
Czyli takie manipulacje, by pogoda zmieniała się i poddawała woli człowieka.
To zresztą tysiącletnie marzenia szamanów i kapłanów. Zaklinano deszcz i zaklinano suszę. Modlono się o słońce i o dobrą pogodę. Jakie były efekty tych działań, wiadomo.

Intensywne prace nad modyfikacją pogody w sposób naukowy rozpoczęli równolegle w latach pięćdziesiątych Amerykanie i Rosjanie.
Chociaż prawdę powiedziawszy, sporo czasu przed nimi walkę z pogodą na małym obszarze podjęli plantatorzy owoców. Chodziło głównie o zabezpieczenie zbiorów, przeciwko gradobiciu. Wykoncypowano, że fala akustyczna rozbije formujący się grad w nadciągającej burzy.
We Francji już w minionych wiekach bito w dzwony przed zbliżającą się burzą i w czasie jej trwania, by chronić winnice. Później wynaleziono armaty gradowe. Dwojakiego typu początkowo. Jedne, które strzelały nabojami hukowymi (petardami) w chmury, drugie, które powodowały wybuchy (zazwyczaj gazu) na ziemi, a fala akustyczna, tubami, jak w starym gramofonie była skierowana w zachmurzone niebo.
Pierwsze armaty gradowe

To właściwie już czasy historyczne, gdzie próbowano sobie jakoś z pogodą poradzić.
Tak naprawdę, naukowo i bojowo zaczęto w latach pięćdziesiątych minionego stulecia.
Na początku zaczęto stosować jonizację suchego powietrza, aby spowodować opad deszczu. Trzeba przyznać, ze jakoś to działa, ale nie zawsze i nie wszędzie. Chyba dzisiaj już praktycznie nikt nie stosuje.

Natomiast dosyć powszechnie stosowane jest tzw. "zasiewanie chmur" (cluds seeding). [3] Co to takiego? To celowe rozpylanie substancji chemicznych w chmurach (od dołu z ziemi lub ponad chmurą, z samolotu), tak, aby spowodować opad deszczu lub śniegu. Używa się tego także do likwidacji gradu, oraz rozpraszania mgły.
Wiele substancji chemicznych jest w użyciu. Chyba najpopularniejszy jest jodek srebra, ale też suchy lód (stały CO2), lub też ciekły propan, który produkuje kryształki lodu w chmurach w wyższych temperaturach niż jodek srebra.
A ostatnio bardzo obiecująco wygląda zasiewanie substancjami higroskopijnymi, jak choćby zwykła sól kuchenna.
Bez wnikania w dokładne detale, szereg procesów chemicznych i fizycznych po zapyleniu chmury powoduje wytworzenie się dostatecznie dużych kropel wody lub kryształków lodu, które opadną na ziemię, w postaci deszczu lub śniegu.
Efektywność tej metody jest znaczna, jak możemy się co roku przekonać podczas defilad na Placu Czerwonym, albo, jak pamiętamy, podczas letniej Olimpiady w Pekinie, gdzie Chińczycy przed ceremoniami otwarcia i zamknięcia rozgonili chmury rakietami z chemiczną substancją.

Następną istotną modyfikacją pogody jest niszczenie huraganów (Project Stormfury).[4]
Tutaj też zastosowano jodek srebra, który rozpyla się z góry na ściany oka cyklonu/huraganu, celem osłabienia siły i energii.
Próbuje się też stosować rozlewanie na oceanie, na drodze huraganu, cienkiej warstewki przyjaznych dla otoczenia olejów, celem odizolowania od źródła ciepła, czyli energii, jakim dla huraganu są wody oceanu.
Nad tego typu projektami bardzo intensywnie pracuje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie huragany rokrocznie wyrządzają wielkie szkody.

Istnieją też projekty dotyczące manipulacji huraganami i burzami. Tutaj głównie chodzi o zmianę toru poruszania się formacji burzowych, tak, by ominąć zamieszkałe tereny.
W tym celu stosuje się: rozpylanie płatków sadzy, celem obniżenia temperatury i wywołania sztucznego frontu pogodowego; pokrywanie obszarów morza ciekłym azotem, aby pozbawić burze i sztormy energii; używanie laserów celem inicjowania błyskawic, co jak wiadomo rozładowuje energię burzy.

Wszystko to, moi drodzy robi się dzisiaj i to specjalnie się z tym nie kryjąc.
Muszę tu koniecznie podać, że jest konwencja ONZ z 1977 roku zakazująca używania modyfikacji pogody, jako broni. Czyli jest coś na rzeczy. Pogodą bardzo mocno można manipulować, jeśli wojskowi przebierają nóżkami. Jestem święcie przekonany, że w razie czego, gdy konflikt, czy wojna będzie tego wymagać, wojskowi użyją manipulację pogodą celem pokonania przeciwnika.

Rozmyślając nad tym, co powyżej napisałem, stawiam moją mocną hipotezę (nie dotarłem do materiałów, w których to już ktoś ogłosił):

To nie globalne ocieplenie spowodowane działalnością człowieka, tylko manipulacje przy modyfikacji pogody są powodem zaburzeń pogodowych i tym podobnych fenomenów, na obszarach, gdzie dotychczas nie występowały.

Pogoda nie podlega prostym prawom fizyki. To tak zwana dynamika nieliniowa. [5] Często zresztą przywoływana jako najlepszy przykład takich zjawisk fizycznych. Jak do filiżanki kawy powoli wlewasz mleko, to widzisz, jak na powierzchni (i wgłębi też) tworzą się duże i małe wiry, jak się przemieszczają i przenikają. To właśnie nasza pogoda w filiżance kawy.
Z powodów takich, jak ruch wirowy Ziemi, wpływ Słońca i Księżyca, istnienie prądów oceanicznych, czap lodu na biegunach i jeszcze paru pomniejszych przyczyn, pogoda na Ziemi nigdy się nie ustabilizuje. Zawsze będzie zmienna i niespecjalnie przewidywalna.

Pogodę i inne zjawiska dynamiki nieliniowej opisuje matematyczna teoria chaosu. [6] Tutaj ważna uwaga – chaos, naukowo nie oznacza totalnego burdelu i bałaganu. To też pewien specyficzny ład, bardzo czuły na tak zwane warunki początkowe i zakłócenia.
Wahadło z dodatkowym przegubem
kreślące krzwą chaotyczną ( za każdym razem inną)

Zjawiska fizyczne, w naszym przypadku pogoda, zbliżają się w sposób przypadkowy do pewnej specyficznej krzywej, zwanej atraktorem,jest jakby nieosiągalną granicą, wokół zjawiska chaotyczne zachodzą. Mogę śmiało powiedzieć, że takim atraktorem pogody jest klimat na danym obszarze.

trójwymiarowy atraktor różnych dozwolonych stanów chaotycznych

Jak powiedziałem, pogoda, jako dynamiczne zjawisko chaotyczne jest bardzo czułe na minimalne zmiany w warunkach początkowych.
Często i popularnie mówi się, że ruch skrzydeł motyla w Amazonii może spowodować tornado w Japonii.
Dlatego też twierdzę, że eksperymenty z modyfikacją pogody, gdzieś na Karaibach blisko Florydy, czy w Chabarowsku, mogą u nas w Polsce powodować lokalne tornada. A inne, gdzieś w Chinach na wyspie Hajnan, długotrwałą i mroźną zimę w całej Centralnej Europie. To oczywiście bardzo trudne do udowodnienia, ale zgodne z matematyczną teorią.

Póki Ziemia krąży sobie ze stałą prędkością, Słońce się nie wygłupia, najważniejsze prądy morskie – El Nino i Prąd Zatokowy są spokojne, światowa pogoda nie ma powodów do wariactw. Oczywiście są jeszcze ruchy tektoniczne i aktywność wulkaniczna. To potężne przyczyny wpływu na pogodę. Ale one statystycznie nie są zbyt częste.
Jednakże, jeśli człowiek zacznie się bawić w modyfikacje pogody, to już niczego nie możemy być pewni. Mamy jak w sierpniu temperaturę 37 stopni; później w nocy wprost parogodzinne oberwanie chmury, a następnie zachmurzenie z temperaturą zaledwie 20 stopni. To są potężne zmiany na małym obszarze w wyjątkowo krótkim czasie. Śmiem twierdzić, że normalny rytm pogodowy został zakłócony.

Czy dzieje się tak z przyczyn naturalnych, po prostu wieloletnich okresowych zmian klimatu, czy spowodował to człowiek swoimi manipulacjami przy modyfikacji pogody?
Ja mówię, że znowu zaczęliśmy igrać z siłami, które na razie nas przerastają. Jeszcze więcej takich lekkomyślnych eksperymentów, a rozpieprzymy pogodę na Ziemi doszczętnie.



[1]     http://pl.wikipedia.org/wiki/Klimat   
 

środa, 6 stycznia 2016

Parokrotnie wspomniałem, że coś mi się przytrafiło, gdy parę dni temu wracałem z Konga do kraju. Oto opowieść.

 





Nocną wizytę mieliśmy już pierwszego dnia, gdy rzuciliśmy kotwicę na redzie Pointe Noir w Kongu.
Wszyscy byliśmy już mocno zakręceni, bo od trzech dni obowiązkowo raczyliśmy się Malaronem – drogim, anty-malarycznym specyfikiem, który doktor nam zaaplikował, dając alternatywę: - co wolicie, sraczkę i mdłości, czy umrzeć? Uczciwie jednak oświadczył, że malaron nie działa na dengę, również paskudną chorobę. Malarię powodują komary gryzące po zmierzchu, a dengę komary atakujące w biały dzień. Niestety, repelentów, żadnych odstraszających aerozoli, płynów, czy kremów nie mieliśmy na burcie, więc nasze ciało było swobodnym pastwiskiem dla krwiopijców.

Na zebraniu, przed dojściem na kotwicowisko zdecydowaliśmy się podnieść poziom ISPS (International Ship and Port Security - Międzynarodowy Kodeks Ochrony Statku i Obiektu Portowego). Zwielokrotniono warty i rozpisano grafik dyżurów, zablokowano większość drzwi i włazów, kamery skierowano na ewentualne punkty wtargnięcia na pokład, włączono wszelkie możliwe reflektory. A wszystko to po to, aby uniknąć ataku pirackiego na statek.

Łódź podpłynęła cicho od strony rufy. Faktycznie, tam po slipie statku geosejsmicznego najłatwiej było się dostać do wnętrza. I nasza czujność okazała się cenna. Oczywiście, nie byli to terroryści idący po trupach do ataku, tylko lokalni złodzieje, którzy po cichu chcieli wtargnąć i kraść. Jak to jest w zwyczaju na afrykańskich kotwicowiskach.

 

Zbierałem się z tego miejsca do repatriacji do domu. Byłem dosyć zadowolony, bo bilet miałem świetny, z lotami: Pointe Noire – Frankfurt – Gdańsk.Lecz tak było tylko do przedostatniego dnia. Niestety, jak to często bywa, agent coś popieprzył, nie dopatrzył, czy nie zapłacił i lot zmieniono na Pointe Noir – Brazzaville (Kongo) – Paryż – Frankfurt – Gdańsk. Czyli jeszcze dwie dodatkowe przesiadki. Do Paryża w taki sposób leciała ze mną grupa sześciu osób, w większości Amerykanów. Druga liczna grupa leciała na wschód, z pierwszym etapem Pointe Noir – Addis Abeba.

Do ostatniej chwili wykonywaliśmy testy i małe naprawy i nieco wkurzeni nie znaliśmy szczegółów transportu do domu. Do ostatniej chwili. Ostatniego dnia wieczorem, poinformowano nas, że łódka zabierze nas na brzeg następnego dnia rano i dalej agent zawiezie nas na lotnisko.

I tak też się stało. Około dziesiątej rano wsiedliśmy na łódkę w sześcioosobowej grupie. Łódeczka marna, typu "afrykańskiego", jednakże przy spokojnym morzu dowiozła nas do portu. Problem zaistniał przy wysiadaniu, gdyż nabrzeże wisiało jakieś dwa metry nad nami, a my z bagażami musieliśmy się przedostać po zwykłej wiotkiej, aluminiowej drabinie, stojącej na chwiejącym się pokładzie. Szczęśliwie wszyscy bez problemu znaleźli się na lądzie.

Po półgodzinnym oczekiwaniu w upale, chociaż nie było pełnego słońca, gdyż całość spowijał żółty mglisty smog, nadjechał bus agenta i zabrał nas na lotnisko. Obowiązkowy przystanek miał miejsce przy biurze imigracyjnym, celem podstemplowania paszportów.

Jechaliśmy przez posępny krajobraz typowych slumsów, parterowych, zbitych byle jak i z byle czego domów. Ciągnęły się one kilometrami, by nagle skończyć się niewiele lepszym lotniskiem. Jedyna różnica to ta, że slumsy były raczej wyludnione, a tu kłębił się tłum. Agent pożegnał nas przy wejściu i odjechał. Koledzy szybko się odprawili, bo lot mieli już za godzinę. Ja się nie spieszyłem, bo przebukowany bilet był na późniejszą porę. Mimo tego zdecydowałem też przejść odprawę, aby uwolnić się od tłumu natarczywych tubylców.

Ściskając moje bagaże, walizkę i plecak, stanąłem w długiej kolejce do odprawy. Posuwała się dosyć szybko i sprawnie dzięki pomocy młodych ludzi z wywieszkami na szyi. W końcu położyłem moją walizkę na wadze i podałem paszport oraz mail z detalami mojego lotu. Odprawiający starszy człowiek dość długo coś sprawdzał. W końcu udał się na zaplecze i po chwili powrócił z drugim urzędnikiem. Wtedy usłyszałem, że owszem bilety mam zabukowane, loty z Brazzaville do Gdańska wykupione, tylko niestety na ten pierwszy odcinek z Pointe Noire biuro zapomniało wykupić bilet i lecieć nie mogę. Kurczę, taka informacja to jak wyrok. Uprzejmie poinformowano mnie, że bilet musi być wykupiony i to szybko.

 

Kiedyś w podobnej sytuacji w Bombaju uratował mnie telefon komórkowy. Szybkie połączenie z Norwegią i już po pół godzinie bilet czekał na mnie. Tutaj w Kongo niestety klops. Telefon w żadnym wypadku nie chce się zalogować u żadnego z czterech operatorów. Jestem bez komunikacji, zdany całkowicie na własne siły. Wysoka, bardzo arogancka Murzynka w biurze biletowym nie ma najmniejszej ochoty udostępnić telefonu i metodą katarynki informuje mnie, że mam wykupić bilet za 40 tysięcy miejscowej waluty, czyli za około 100 dolarów.

 

W kieszeni mam przy sobie jakieś 50 dolarów. Lecz mam karty kredytowe. Cóż z tego, na całym lotnisku nie ma ani jednego bankomatu! Teraz byłem już naprawdę zdesperowany i przepocony do suchej nitki. Wtedy, w tej desperacji uśmiechnęło się do mnie szczęście. Mogę to powiedzieć dopiero teraz, bo tam i wtedy, to raczej tylko przysporzyło mi dodatkowych nerwów i niepokoju. Jeden z tych młodych ludzi z plakietką, dbający o porządek na lotnisku musiał mnie obserwować od momentu odprawy. Dowiedział się też pewnie, że mam kłopot z biletem. Podszedł teraz i zaofiarował pomoc. Oczywiście, na samym początku akcji ratunkowej łyknął moje 50 dolarów, jak gęś kluskę. Byłem bardzo nieufny; nie miałem pojęcia z kim mam do czynienia. Równie dobrze mógł to być miejscowy gangster, który postanowił oskubać mnie do cna. Jednakże desperacja w jakiej byłem, nie odrzuca wyciągniętej ręki. Postanowiłem mu zaufać. Faktycznie, po otrzymaniu tej wstępnej kwoty zaczął dość operatywnie działać. Zniknął na parę chwil, by powrócić z oświadczeniem, że miejsce w samolocie jest dla mnie zarezerwowane i zabezpieczone i gdy tylko zdobędę pieniądze, to bilet będę mógł natychmiast wykupić.

Wtedy pokazałem mu kartę kredytową i spytałem o bankomat. Nie mogę powiedzieć, że zajarzył. Idea bankomatu nie była mu dość dobrze znana. Po konsultacjach w biurze, na szczęście dla mnie, powrócił z informacją, że jest taki punkt w Pointe Noire, gdzie mogę z karty kredytowej skorzystać. Musimy tam jechać. Wziąłem swój bagaż, wpakowałem się do taksówki, a lotniskowy pomocnik, na moje wyraźne żądanie wpakował się na przednie siedzenie. Bujna fantazja podsuwała mi już makabryczne obrazy mnie samego wywiezionego gdzieś w busz lub dżunglę, obrabowanego i porzuconego. Mającego już na dłuższy czas pozostać w Kongu.

Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Kierowca zawiózł nas do najważniejszego banku w mieście, gdzie w czymś przypominającym pilnie strzeżony bunkier znajdowało się parę bankomatów. Jak się dowiedziałem, to jedyne miejsce w całym mieście, gdzie są bankomaty. Kongijczycy ufają tylko papierowym pieniądzom.

Wypłaciłem równowartość stu dolarów na bilet i jeszcze 50 na przewidywane łapówki. Jak się później okazało – całkiem słusznie.

Jazda z powrotem na lotnisko.

Mój opiekun na szczęście nie był gangsterem i posiadał pewną moc na tym lotnisku. W krótkim czasie miałem bilet w garści, a potem jeszcze szybciej byłem odprawiony. Przypominam, na lotnisku kłębią się tłumy ludzi.

Prawdziwa tożsamość mojego opiekuna ujawniła się w pełni, gdy już przeprowadzał mnie za rękę bezpośrednio do bramki. Ktoś z tłumu zaprotestował, jakiś nawet elegancko ubrany Kongijczyk, a wtedy mój "partner" chwycił go za klapy, zawołał umundurowanego strażnika i ten gdziś zabrał niezadowolonego oponenta. Czyli, na szczęście dla mnie, opiekun był "zwykłym" tajnym agentem, od których roją się lotniska na całym świecie. I tak jak każdy, gdy tylko okazja się nadarza, chce zarobić. Tylko dlaczego zaraz na wstępie nie pokazał mi swojej legitymacji, żebym sie nie bał, iż mam do czynienia z gangsterem? To żart oczywiście.

 

Godzina lotu na północny – wschód i lądujemy w Brazzaville. Piękne lotnisko, wybudowane przez Francuzów, lecz jeszcze nieskończone. Więc piekło upalnego stojącego powietrza na cztery godziny oczekiwania na lot do Paryża.

 

Już po powrocie do domu postanowiłem zerwać z moim pracodawcą. Niedostateczna opieka nad pracownikiem i pewne niechlujstwo i arogancja nie jest zachętą do kontynuowania współpracy. Do tego ta Afryka z malarią, dengą i... paskudnym upałem.

 

Ps. Tą relację dedykuję wszystkim miłośnikom safari i tak zwanego survivalu.

wtorek, 5 stycznia 2016

Góra Athos – kobietom wstęp wzbroniony


Republika Mnichów - XIII wieków bez jednej kobiety na tym terenie. Ciekawe dlaczego?


W miedzianym tygielku zagotowałem sobie słuszną porcję kawy po turecku. Gdybym to tutaj głośno oznajmił, to dostałbym od młodych w zęby. Byłem w Grecji i tak parzona kawa jest po grecku a nie po wrażym turecku. Napar dwa razy zabulgotał, zdjąłem z ognia dodałem cukru i, o zgrozo, mleka.
Rozsiadłem się na tarasie. Czułem, że to będzie dzisiaj więc cierpliwie czekałem. Chwilę przed wschodem słońca było już dosyć jasno, przyjemnie chłodno, a morze spokojne, prawie jak tafla lodu, tylko od czasu do czasu było widać grzbiet pojedynczej fali. Cicho.
I oto nagle, spoza horyzontu, który był cudownie schowany za lekką mgłą, tak, że można się tylko było jego domyślać, zaczeły strzelać promienie słońca. Czerwony rąbek gwiazdy naszej w końcu precyzyjnie określił gdzie morze, a gdzie niebo. I wtedy oświetlił ją.
Po raz pierwszy z mgielnego niebytu wyłoniła się święta góra Athos. Jakby nagle tam przypłynęła. Mogłeś cały dzień wytężać oczy i nic nie zobaczyć. Ale są takie momenty, a to był właśnie taki jeden, że z odległości kilkudziesięciu kilometrów widać ten dwu kilometrowy szczyt; nieco wyższy niż Kasprowy Wierch, a o całe 500 merów nizszy niż Rysy. Jednak wrażenie jest ogromne, bo to samotny szczyt widoczny od zera, czyli od poziomu morza.
Znajdowałem się na Kassandrze, najbardziej zachodnim palcu trójpalczstego Półwyspu Chalcydyckiego, lub jak kto woli, Halkidiki. Tu przyjeżdża się po słońce, piaszczyste plaże i ciepłe morze. Ale ja przyjechałem specjalnie dla trzeciego, wschodniego palca półwyspu, który, od góry również przyjął nazwę Athos. Środkowy palec, Sithonia jest też piękny, zachęca do wędrówek, lecz cały jest skalisty. Dla porządku jeszcze dodam, że znajduję się w greckiej Macedonii, a duże miasto u nasady półwyspu to Saloniki.

W mitologii greckiej Athos to imię giganta. Gdy giganci podjęli wojnę z bogami Olimpu, słynną Gigantomachię, Athos starł się z Posejdonem i rzucił w niego kawałkiem skały. Tak właśnie powstała góra. Choć inni mówią, że było odwrotnie – to Posejdon przywalił skałą pokonanego giganta.
O górze Athos wspomniał Homer w „Iliadzie”. Pisał też o niej Herodot.
Nieco później, chrześcijańska opowieść związana z tą górą jest, kto wie czy nie piękniejsza.
Matka Boska płynęła w towarzystwie Jana Ewangelisty z Joppy na Cypr, odwiedzić Łazarza. Sztorm zepchnął ich z trasy, tak, że znaleźli się w pobliżu półwyspu Athos. Maria zeszła na ląd w miejscu, gdzie obecnie znajduje się klasztor Iviron. Zachwycona pięknem i dzikością góry pobłogosławiła to miejsce i poprosiła swojego Syna, aby uczynił tutaj jej ogrody. Wówczas odezwał się Głos, który rzekł: „Niech to miejsce stanie się Twoim dziedzictwem i Twoim ogrodem, rajem i niebem zbawienia, dla tych, którzy zbawiena poszukują”. Od tego momentu góra została konsekrowana jako ogród Matki Boskiej i żadna kobieta nie miała tutaj wstepu.

„Palec” Półwyspu Athos wystaje z Halkidiki na 50 kilometrów. Jego szerokość jest pomiędzy 7 a 15 kilometrów. Obszar to około 335 kilometrów kwadratowych. Wody wokół góry są zdradliwe.
Od ponad tysiąca lat Athos jest autonomiczny i zwany Republiką Mnichów. Na chwilę obecną to w ramach Grecji okręg autonomiczny, z pilnie strzeżoną granicą u nasady półwyspu. Dostać się na Athos można jedynie promem. Ruch jest ściśle kontrolowany przez służby.

Ja zapragnąłem odbyć pielgrzymke do tego miejsca. Nie będąc wyznawcą prawosławia, nie jest to takie łatwe. Władze autonomii zezwalają jedynie na pobyt na terytorium tylko 10 mężczyznom spoza prawosławia. I to po spełnieniu szeregu warunków i długotrwałym oczekiwaniu.
Czyli tak, mówiono mi, że dobrze mieć rekomendację od swojego proboszcza, z deklaracją, ze jestem wierzącym katolikiem. Uzyskałem takie pismo i przetłumaczyłem je. Potem się okazało, że nikt specjalnie sie tym nie interesował. Skontaktowałem sie ze specjalnym biurem w Salonikach, zgłosiłem aplikację, załączyłem potrzebne papiery i w końcu dostałem upragniony permit. Biuro przyznaje zgodę na wizytę dla 10 nie-prawosławnych dziennie, oraz 100 Greków i prawosławnych. Ta „wiza” ważna jest cztery dni. Więc przyjazd trzeba sobie odpowiednio dopasować.
Młodzieńcy poniżej 18 roku życia mogą wizytować tylko pod opieką ojca i jak już powiedziałem, kobiety kompletnie na Athos nie mają wstępu.
I tak juz jest od ponad tysiąca lat. Nawet hodowane tam zwierzęta, to same samce. Mnisi tamtejsi to bardzo mądrzy ludzie. Uznali już na początku, że czczą tylko jednę kobietę – Marię, Matkę Boską, a inne kobiety nie powinny przebywać w pobliżu (dokładnie ponad 500 metrów od półwyspu). I powiedzcie, czy nie mają racji? Gdy sprawy boskie, nie zawsze, ale często wpadną w kobiece ręce, to rozpoczyna się krwawa jatka. Znam takie, które tysiąc letnią Republikę Mnichów zniszczyłyby w jeden miesiąc, udawadniając im, jak głęboko się mylą. Toteż, są tam tylko sami mężczyźni bez wężowej natury niektórych pań.

Historia Republiki Mnichów, ta udokumentowana, zaczęła się jakieś 1300 lat temu pod koniec VIII wieku. Choć Według legendy twórcą pierwszego klasztoru na Athosie byłKonstantyn Wielki, jednak nie istnieją żadne dokumenty, które potwierdzałyby ten fakt. Bardziej zorganizowana wspólnota monastyczna uformowała się na Athosie przed rokiem843, w którym delegacja mnichów z Athos brała udział w uroczystości oficjalnego przywrócenia kultuikon wKonstantynopolu. Czterdzieści lat później mnisi zostali zwolnieni z podatków na mocy dekretu cesarzaBazylego I. Ten sam dokument nadawał im wyłączną własność ziemi na półwyspie. W tym samym okresie uformowała się wspólna administracja klasztorów Athosu – rada tworzona przez mnichów różnych, żyjących niezależnie od siebie wspólnot.
Za początek zorganizowanego na większą skalę życia monastycznego na Athos uważa się powstanie w963 Wielkiej Ławry (oryg. gr.Meghisti - największa).
Zmieniały sie panowania i królestwa na tym terenie, a klasztory, raczej bez wiekszych kłopotów trwały i utrzymywały swoją niezależność. Główną konstytucja atosu był typikon, a rządziła Święta Wspólnota (Święte Zgromadzenie gr.Iera Koinotis). W okresie największego rozkwitu na Athos mieszkało nawet 10 tysiecy mnichów. Obecnie zamieszkuje tam około 2 tysiecy. Tradycyjnie mnisi naplywają od stuleci z Grecji, Serbii, Bułgarii, Rosji. Prawie ¼ posiada wyższe wykształcenie.
Ostatnia wersja konstytucji greckiej z1975 w wyczerpujący sposób reguluje status Athosu jako obszaru autonomicznego pod władzą rządu Grecji i religijną jurysdykcją patriarchy Konstantynopola (nie zaśautokefalicznego Greckiego Kościoła Prawosławnego). Półwyspem zarządzają organy powoływane przez 20 autonomicznych klasztorów; zabroniona jest wszelka modyfikacja ich liczby oraz relacji między nimi (hierarchiczna kolejność monasterów). Wszyscy mnisi podejmujący życie na Athosie są automatycznie uznawani za osoby narodowości greckiej. Nie ma natomiast możliwości zamieszkania na półwyspie dla osób niebędących wyznawcami prawosławia. Szczególny status Athosu reguluje artykuł 105 konstytucji Grecji.
Athos nie jest podłączony do krajowej sieci energetycznej, jednak w monasterach są wykorzystywane urządzenia elektryczne, na ograniczoną skalę również samochody, łodzie motorowe oraz komputery. Od1997 na terenie półwyspu znajduje się antena telefonii komórkowej. Stopień wprowadzania na Athos nowych urządzeń technicznych pozostaje jednak przedmiotem dyskusji we wspólnocie.
Ze względu na wielką wartość historyczną i kulturalną Athos został wpisany nalistę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.

Wspólnotę góry Athos tworzy 20 monasterów, wymienianych zawsze w stałej kolejności.Liczba ta i hierarchia mają charakter stały[54]. Są to[54]:
Wszystkie monastery Athos wzniesione są według stałego planu architektonicznego, którego celem jest zapewnienie klasztorom bezpieczeństwa. Centralnym punktem kompleksu zabudowań każdego klasztoru jest główna świątynia - katholikon. Budynki mieszkalne i użytkowe są wzniesione wokół dziedzińca otaczającego katholikon oraz otoczone murami. Całość jest rozplanowana na rzucie trapezu lub równoległoboku. Wjazd na teren monasteru jest możliwy przez jedyną bramę, która jest dodatkowo umocniona i zamykana każdorazowo w momencie zachodu słońca. Część klasztorów posiada dodatkowo wysokie wieże obronne.
Każdy z monasterów jest kierowany przez przełożonego, którego w tajnym głosowaniu wybiera cała wspólnota mnichów. Urząd ten zwyczajowo pełniony jest dożywotnio. W zarządzaniu klasztorem przełożonemu pomaga rada starców (gr. gerontia).
Oprócz 20 monasterów, na Athosie działają mniejsze wspólnoty mnichów lub też miejsca, w których mogą żyć zakonnicy-pustelnicy. Ilość wspólnot nieposiadających statusu monasterów nie jest ograniczona i ulega stałej zmianie. Zależnie od ilości zamieszkujących je mnichów posiadają one status:
  • skitów ( klasztory, mniejsze, nie bedące monastyrami)
  • kaliwii (z gr. chaty),
  • kelii (z gr. cele),
  • katism (z gr. chaty),
  • hezychasterii (pustelni)
Podstawą reguły obowiązującej na Athos pozostają wytyczne założycieli klasztorów z X wieku. Podobnie jak w wypadku innych chrześcijańskich wspólnot monastycznych, za filary życia zakonnika uważa się czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.
Warunkiem przyjęcia do jednego z klasztorów Athos jest ukończenie 18 lat, uregulowanie kwestii stanu cywilnego oraz kwestii spadkowych oraz wyrażenie nieprzymuszonej woli dołączenia do wspólnoty monastycznej. Nowicjusze są zobowiązani do zerwania wszystkich związków ze światem świeckim. Zwyczajowy okres próby, poprzedzający złożenie ślubów wieczystych, trwa dwa lata.
Wszystkie monastery Athos posiadają identyczny, ściśle uregulowany rozkład dnia:
  • 4.00 – modlitwy poranne oraz nabożeństwo jutrzni,
  • ok. 7.00 – posiłek,
  • do godz. 12.00 – praca na rzecz monasteru,
  • 12.00–15.00 - odpoczynek,
  • ok. 15.00 – praca na rzecz monasteru,
  • ok. 17 – nieszpory, bezpośrednio po nabożeństwie - posiłek, następniekompleta i czas na samodzielne modlitwy w celach.

Wstałem rano, wziąłem przygotowany, tak jak zalecają plecak, ubrałem wygodne buty i wyjechałem doOuranoupolis, gdzie o 6:30 odpływał prom na Mount Athos. Oczywiście długie spodnie obowiazkowo, a kamery, pod groźbą konfiskaty zabronione.
Dwugodzinny rejs i jesteśmy w porcie Dafni w Świętej Górze Athos – Republice Mnichów od 13 stuleci. Odczucia tylko porównywalne z tymi z Watykanu, czy np. Mediolańskiego Duomo. (W Ziemi Świętej, niestey nie byłem). Zwiedzałem wszystko na piechotę. Wrażenia są monumentalne. Przepych monastyrów jest na prawdę bizantyjski. Na co się spojrzy jest bezcennym skarbem. I mnisi – cisi, lecz dostojni. Człowiek wpada w coś w rodzaju ekstazy i nawet chwilami żałuje, że nie jest wyznawcą prawosławia. Tak to silnie działa.
Tu już nie ma co opowiadać, tu mozna tylko patrzeć.