Forma i treść. rama i obraz? Komorowski i Tusk? Bez formy, z samą treścią bylibyśmy barbarzyńcami.
Od
pewnego czasu mamy z pewną blogerką małą polemikę nad formą i treścią. Gdyby
się temu na poważnie przypatrzyć z boku, to raczej dysputa filozoficzna
niż socjologiczna.
Zacznijmy
od tytułowego „Dress Code”. Praktyczni Amerykanie stosują to nagminnie.
W każdej specyficznej sytuacji jest potrzebny odpowiedni ubiór. Dróżki
panny młodej i druhowie pana młodego bardzo dbają, by mieć dopasowany,
najlepiej identyczny ubiór.
Wydawaliśmy
na statku wycieczkowym codzienną gazetę (prawdziwa drukarnia na burcie i
redaktor!). Gdy świeżo przybyli pasażerowie wkraczali do swoich kabin,
to na stoliku czekała na nich pierwsza, statkowa gazeta. Ostatnia strona
całkowicie poświęcona była sprawom formalnym – godziny posiłków i
lokalizacja restauracji i barów, jak należy dawać napiwki, stewardesom
kabinowym, ile kelnerkom w barze, a ile kelnerom w restauracji. Jak się
ubierać na śniadanie, a jak w przypadku balu kapitańskiego (Black tie
dla panów i Ball gown dla pań). Ja zakładałem czarne lakierki, czarne
spodnie z lampasami, smokingową koszulę, jedwabny pas, kremowe tuxedo i
oczywiście muchę. Taki był właśnie dress code w przypadku takiego
konkretnego eventu. Czysta forma. Tylko po to by ludzie czuli się
adekwatnie do sytuacji. Facet w szortach surfera i hawajskiej koszulce,
oraz kolo w białych dresach obwieszony złotymi łańcuchami byliby
wybitnie nie na miejscu.
W stanach nawet gangi mają swój dress code. Bandidos są na pierwszy rzut oka rozróżnialni od takich na przykład Hells Angels.
Ale
dajmy sobie spokój ze złoczyńcami i nawet fanatykami klubowymi, bo oni
po prostu muszą się wyróżniać z przyczyn czysto psychologicznych.
Powróćmy do zwykłych ludzi. Na stronach, które odwiedzam
rozpętała się gwałtowna dyskusja na temat postępowania orkiestry na
Titaniku w ostatnich momentach przed zatonięciem.Pewna pani pałała oburzeniem, że grajkowie nie wzięli się za ratowanie
pasażerów, podczas gdy jej ciocia wysoko ich oceniła, za to, iż grali do
końca.
Powiem
wam – jestem przekonany, że grali do końca, bo takie dostali polecenie.
Tak Izo, obie z ciocią się myliłyście. To nie było „pokazywanie klasy”,
ani też głupia próżność. To było wykonywanie poleceń. Tak, ktoś z
dowództwa to skalkulował.
Życiem
całej natury rządzą cztery nadrzędne, podstawowe instynkty, przez
lubiących proste i chwytliwe wyrażenia Amerykanów nazwane cztery F –
Fight, flight, feed, fuck – walcz, uciekaj, jedz i się rozmnażaj. Jakie
wielkie samozaparcie musieli posiadać członkowie orkiestry na Titaniku,
żeby te jakże silne instynkty poskromić. Przecież to jasne – uciekaj i
walcz to było coś, co automatycznie powinno nimi kierować. A oni sobie
stali i grali nie bacząc na sytuację.
Nie
wszyscy mają wrodzone talenty przywódcze. W dużej mierze wiąże to się z
tym co napisałem powyżej. W sytuacji krytycznej nie potrafią poskromić
swoich pierwotnych instynktów. Tymczasem przywództwo w dużej mierze
wiąże się z altruizmem. Myśl o innych, myśl o zespole – tak uczą w
szkołach przywództwa.
Często
jednak się zdarza, że sformalizowana hierarchia stawia na stanowisku
dowódczym osobę nienadającą się do dowodzenia. Po prostu nie ma ona
odpowiednich cech charakteru. Kapitan Costa Concordii dał się ponieść
swojemu pierwotnemu instynktowi ucieczki i jako jeden z pierwszych wziął
dupę w troki.
Armia
amerykańska już dosyć dawno się zorientowała, że sztywna hierarchia
może czasami prowadzić do poważnych błędów. Zaczęła więc szkolić
dowódców nawet małych pododdziałów w samodzielnym podejmowaniu decyzji.
Militarna hierarchia Rosji jest sformalizowana całkowicie. A skutki tego
mogliśmy zaobserwować w „wieży” kontroli lotów w Smoleńsku, gdzie
telefonicznie uzgadniano działania z dowództwem w Moskwie. Zresztą
podobnie było w Czernobylu, gdzie czekanie na decyzję moskiewskiej
centrali doprowadziło do tragedii.
Przytoczę
jeszcze jedną tragiczną sytuację z zatonięcia promu Heweliusz, co
pociągnęło za sobą tyle ofiar (zginęło 55 osób – 20 marynarzy i 35
pasażerów). Uratowało się 9 marynarzy.
Instrukcje
mówią, że tratwy ratunkowe zrzuca się ze statku i napełnia się
powietrzem na morzu, przy burcie. Tak też, formalnie poprawnie
postępował młody II lub III Oficer (nie pamiętam już). Świeżo po szkole
miał to wryte w pamieci. Polecił robić tak samo bosmanowi. Ten jednakże
po rozeznaniu sytuacji (statek już mocno był pochylony na burtę),
zdecydował otwierać tratwy na pokładzie, napełniać je powietrzem i
pakować ludzi do srodka. W ten sposób, łamiąc rozkazy uratował parę
istnień ludzkich. Oficer nie uratował nikogo. Tratwy rzucane na morze
porywał natychmiast wiatr wiejący z prędkością 180 km/godz.
Czyli mamy tu wyraźne zwycięstwo treści nad formą.
Czy
muzycy z Titanika, gdyby przestali grać i dołączyli do akcji
ratunkowej, to uratowałoby się więcej istnień ludzkich? A może wprost
przeciwnie? Rzucając instrumenty i uciekając ze sceny przyczyniliby się
do powiększenia chaosu i więcej ludzi by zginęło.
Dzisiaj, to są pytania bez odpowiedzi.
Nikt chyba nie zaprzeczy, że hierarchia i formy są nam potrzebne.
Lecz tylko tyle są warte, co stojący za nimi ludzie.
_________________________
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz