Zasypani w kopalni górnicy to news. Marynarze, którzy zginęli, to żadna wiadomość.
Pracowałem
na pokładzie w części rufowej. Praktycznie w otwartym na rufę hangarze,
tak, że byłem dosyć dobrze izolowany od warunków atmosferycznych.
Morze, jak na tą porę roku było dosyć spokojnie. 200 metrów za rufą
sześć „armat” regularnie strzelało, powodując wstrząsy sejsmiczne,
których echa zbierały setki czujników, tworzących matrycę na dnie Morza
Północnego. Znajdowaliśmy się w lini prostej 150 km na zachód od
duńskiego portu Esbjerg, na obszarze, gdzie roi się od platform i
morskich konstrukcji.
W
pewnym momencie zauważyłem, że coraz ciężej się chodzi. Oczywiście,
patrząc na horyzont dało się zauważyć spory przechył na prawą burtę.
Zszedlem do maszyny zapytać się inżynierów co pompują. Nie niczego,
zresztą, gdy się zmienia tanki, to przchył jest 1 -2 stopnie, a tu już
było grubo ponad to.
Główne
uderzenie wiatru przyszło o 16:30. Uderzyło nagle w lewą burtę. Wiatr
wzrósł w przeciągu dziesięciu minut ! Doszedł do 110 km/godzinę i tak
trwał. Nie zdąrzyliśmy wyciągnąć sejsmicznych air gunów z wody, a to
sprzęt wartości milionów dolarów. Próby wyciągnięcia przy takim wietrze
zakończyłyby się całkowitym jego zniszczeniem.
Chodzenie
stało się praktycznie wspinaczką. Na korytarzach obrazy i plakaty
wisiały skośnie do ściany. Co chwila łomot oznajmiał, że jakiś sprzęt,
czy meble nie wytrzymały i poleciały na prawą burtę.
Natychmiast
zaczęła sie tworzyc fala wiatrowa, by w szczycie przekroczyć wysokość 5
i pół metra. Deszcz siekł poziomo, a jego stugi spływały po szybach
horyzontalnie, jak w pędzącym samochodzie.
Sztorm
zaczął się uspokajać po sześciu godzinach. To znaczy, on się nie
uspokajał, tylko przemieszczał na południowy zachód. Około
dziewiętnastej dotarł w okolice na północny zachód od Rotterdamu. Tu
krzyżują się najważniejsze szlaki wodne Europy i zawsze jest tu kilkaset
statków, zdążających w przeróżnych kierunkach. Mimo prawa ruchu, stref
rozdziału itp. jest tu zawsze bardzo niebezpiecznie. I tam właśnie
uderzył huragan. Warunki pogorszyły się radykalnie. Widzialność spadła,
wiatr spychał z toru. Było bardzo ciężko.
I
stało się. W tak trudnych warunkach o błąd nie trudno. Konternerowiec,
całą swą masą i przy sporej szybkości uderzł w samochodowiec. Impakt
najprawdopodobniej zerwał umocowane samochody, które jak klocki
poleciały na jedną burtę. Gwałtowny przechył, z którego ten zazwyczaj
wysoki statek się już nie podniósł.
Zatonął w ciągu 15 minut.
Wśród międzynarodowej załogi było 11 Polaków. Uratowało się sześciu. R.I.P.
Morze
nie zna litości. Chwila słabości, zagapienia, czy mały błąd i morze
zbiera swoje żniwo. Rokrocznie ginie tysiące marynarzy i pasażerów.
Takie to powszednie i odległe, że w prasie tylko krótkie notatki. I
wszech ogarniająca rozpacz w domach rodzin zatopionych. Najbliźsi żyją z
ciągłym podświadomym niepokojem o tych co na morzu. I mają powody.
Natura uderza nagle i zdradziecko.
Sztorm do pełnej mocy rozwinął się w ciągu dziesięciu minut...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz