Szkockie
Aberdeen, na wybrzeżu Morza Północnego przeżywa szczyt prosperity. To
niekwestionowana europejska stolica offshore. Offshore oprócz bardziej
popularnego pojęcia, które oznacza lokowanie biznesu, bądź jego części
poza granicami kraju, ma też drugie, nie mniej ważne znaczenie.
Początkowo termin offshore odnosił się zasadniczo do podwodnego
wydobycia ropy i gazu. Obejmował platformy wiertnicze, platformy
wydobywcze i całą obsługującą flotę różnorodnych statków pomocniczych.
Obecnie jest poszerzony również o bardzo nietypowe jednostki pływające,
jak statki kładące podwodne kable, statki kładące rury, statki budujące
podwodne konstrukcje, jednostki do budowy i obsługi morskich farm
wiatrowych. Czyli mamy już obecnie potężną flotyllę statków, które, nie
tak, jak dotychczas przewożą towary, tylko pracują na morzu, jak
skomplikowane maszyny do różnych zadań.
Jak
popatrzymy na budowę osiedla mieszkaniowego, to widzimy pełno dźwigów,
buldożerów, koparek, różnych ciężarówek. To samo jest potrzebne na
morzu. Tylko pływające o własnych siłach.
Gdy
się skierujemy do portu w Aberdeen, który praktycznie jest w centrum
miasta, to zobaczymy dziesiątki takich pływających dziwolągów, bardzo
różnych od typowego wyobrażenia statków oceanicznych. Wiele z nich
przypomina powiększone do monstrualnych rozmiarów holowniki, a inne nie
przypominają niczego.
Wspólną,
charakterystyczną cechą tych jednostek, choć właściwie tych większych,
jest posiadanie wysoko na dziobie lądowiska helikopterów (helipad).
Również, gdy dotrzemy na rozsiane na całym Morzu Północnym, Norweskim i
wokół atlantyckich wybrzeży Wielkiej Brytanii i Szetlandów, platform
wydobywczych, czy wiertniczych, to zauważymy charakterystyczne lądowiska
helikopterów. Helikoptery bowiem, obok statków, są drugim istotnym
elementem offfshore. Trzeba przewozić ludzi, ważne części zapasowe,
zabierać chorych itd. Więc każdy pracujący w tej dziedzinie może być
pewien, że będzie odbywał wiele helikopterowych podróży. Helikoptery,
jak każde maszyny, rzadko, bo rzadko, ale mogą się popsuć. Przekonał się
o tym Leszek Miller. Jednakże w naszym przypadku jest dodatkowy czynnik
– przeważnie one latają one nad wodą.
Nieduży,
schludny hotelik położony jest kilkaset metrów od lotniska w Aberdeen.
Widać od razu, że nie jest on przeznaczony dla turystów, ani
załatwiających interesy biznesmenów, tylko dla takich jak ja i w dużym
stopniu dla ludzi, którzy muszą przejść kurs HUET. To po prostu
szkolenie, jak się uratować z helikoptera, który spadł do wody i na
nieszczęście jeszcze tonie. Helicopter Underwater Escape Training.
Centrum szkoleniowe, z basenami, symulatorami i całą maszynerią też jest
w niedużej odległości od hotelu i lotniska. Lotniska bardzo głośnego,
bo oprócz samolotów rejsowych, bez przerwy lądują tu i startują
helikoptery.
Jak
się lata helikopterem nad morzem? Każdy pasażer musi być ubrany w
odpowiedni kombinezon, zazwyczaj jaskrawego koloru. Nieco przypomina
pianki do nurkowania, lub windsurfingu, jednakże jest bardziej obszerny,
a jego głównym zadaniem jest jak najdłużej nie dopuścić do hipotermii,
czyli wyziębienia organizmu, gdy znajdziemy się w wodzie. Trzeba
pamiętać, że w tych północnych wodach wystarczy parę minut by nie
chronione ciało, tak się wychłodziło, że później nie ma ratunku.
Niektóre kombinezony mają integralną kamizelkę ratunkową, na inne trzeba
dodatkowo nakładać. Gdy już mamy na sobie ten kosmiczny, szalenie
niezgrabny ubiór, zajmujemy miejsce w helikopterze. Do ciasnego fotelika
przypinamy się czteropunktowym pasem – szelki i pas biodrowy, wszystko
razem w jednej sprzączce na brzuchu. Sprzączka ma mechanizm szybkiego
odpinania wszystkich pasów.
Czyli
teraz jesteśmy nie tylko, jak mumia w kombinezonie, ale również jak
baleron przypięty do fotelika. Piloci podają krótką instrukcję znaków,
bo gadać nie ma sensu, taki łomot. Więc jako ostateczny element
mumifikacji dodawany jest kask plus słuchawki przeciw hałasowi.
No i teraz możemy lecieć. Żadna frajda. Nie tak, jak pan Tusk i Nowak napawający się widokiem niewybudowanych autostrad.
Jak
wspomniałem, niestety helikopter czasami może spaść do wody. To są z
reguły sekundy. Pilot robi wszystko, aby utrzymać maszynę na
powierzchni. Nie zawsze mu się to udaje. Helikopter może zacząć tonąć, a
co gorsza, obrócić się do góry nogami. Co wtedy mają robić faceci,
kilku, a nawet kilkunastu, przypięci do fotelików, gdy helikopter
spadając, walnął o wodę, przewrócił się do góry nogami i morze
gwałtownie wdziera się do środka? Totalny chaos i panika. No właśnie. Do
tego nie można dopuścić. Po to właśnie jest trening, żeby poznać i
wyryć w mózgu odpowiednie procedury, aby uwolnić się od pasów, nie
zachłystnąć się i błyskawicznie utopić, znaleźć sposób na opuszczenie
helikoptera, wypłynąć na powierzchnię morza i dalej już się spokojnie
ratować, jak każdy marynarz w wodzie.
Centrum
treningowe składa się z sal wykładowych, jak w każdej szkółce, oraz
zespołu basenów, dosyć głębokich, nad którymi są zawieszone makiety
helikopterów. Oczywiście nie całych – ogon czy rotory są tu
niepotrzebne. Właściwie jest to tylko kabina, dokładnie odtworzona do
danego typu. Makieta wisi na linach i mechanizmie, który może ją z
wysokości paru metrów opuszczać z różną prędkością, jak również obracać
wzdłuż osi podłużnej, symulując wywrócenie się do góry nogami.
Oczywiście, w czasie treningu, helikopter jest gwałtownie opuszczany
tak, że cała kabina z ludźmi znajduje się pod wodą.
I
tam zaczynają się cyrki. W basenie cały czas jest paru płetwonurków,
żeby przypadkiem nikomu nic się nie stało. A w kabinie dodatkowo dwóch
instruktorów. Cwaniaki nie mają na sobie tych strasznych baleronów,
tylko zgrabne pianki i dodatkowo gogle. Już na wstępie, paru kolegów z
grupy zrezygnowało z ćwiczeń. Nie mogli psychicznie wygrać z wyobraźnią.
Dodatkowo, w czasie symulacji, jeszcze dwóch zostało usuniętych przez
instruktorów, gdyż wpadali w panikę i o mało co nie potopili nurków.
Zestaw
ćwiczeń, składający się z rzucania makiety do wody w różnych
konfiguracjach – z utrzymaniem się na powierzchni helikoptera, z
zanurzeniem się bez obrotu, z obrotem, z wypłynięciem na bezdechu, ze
skorzystaniem z ratunkowego aparatu powietrznego, z napełnieniem gazem
kamizelki ratunkowej (oczywiście po wypłynięciu na powierzchnię) i na
koniec, po wspięciu się na tratwę ratunkową, co bez pomocy drugich jest
diabelsko trudne, ma za zadanie tylko jedno – wyrobienie automaty zmów
zachowań. Więc tak: helikopter zaczyna spadać; pilot wrzeszczy, że
awaria i spadamy. Łapiemy się wówczas za fotelik i usztywniamy ciało, bo
jak walniemy o wodę, to prawie jak o beton. Jednocześnie wzrokiem
szukamy najprostszej drogi ucieczki z helikoptera – najbliższe okno,
najbliższe drzwi. Gdy już o wodę wyrżnęliśmy, to natychmiast musimy mieć
jedną rękę na zatrzasku pasów, a drugą, jeżeli siedzimy przy oknie, na
szybie, gotową do jej wybicia. Uwierzcie, gdy się tego nie przestrzega,
to jak woda gwałtownie wdziera się do wnętrza i obracamy się do góry
nogami jak w pralce, to później już własnego brzucha, a co dopiero
zatrzasku, się nie znajdzie. I teraz chyba jest najważniejszy moment.
Zanim cokolwiek się zrobi, należy spokojnie policzyć do siedmiu. To daje
efekt psychologiczny i pozwala na zebranie myśli. Jakieś natychmiastowe
działania kończą się niestety niepowodzeniem i wtedy na prawdę jest
kiepsko. Dalej ważna jest koordynacja. Tak długo nie możemy odpiąć pasów
póki nie wywalimy szyby. Gdy zrobimy odwrotnie, to nie mamy punktu
zaparcia i nasze wysiłki będą bezskuteczne.
Przy
większych głębokościach powinniśmy skorzystać z ratunkowego aparatu
powietrznego. To nie jest jakiś aparat tlenowy z butlą. To jest nasze
własne wydychane powietrze, które ciągle ma jeszcze dosyć tlenu.
Uruchamiamy
aparat mając już ustnik zaciśnięty zębami, a nos zatkany klamerką.
Instruktorzy twierdzą, że jest to bardzo pożyteczne urządzenie,
aczkolwiek, ja się lepiej czułem na bezdechu. Każda dodatkowa czynność
zwiększa ryzyko pomyłek, co może mieć tragiczne skutki.
Zaliczenie
i zdobycie dyplomu jest po przejściu 6 różnorodnych zrzutów do wody. Po
jakiś trzech godzinach, zmachany jak pies, można się rozebrać z tego
gumowego sarkofagu i udać się pod ciepły prysznic.
Mam to z głowy na następne 4 lata.
http://www.reefsubsea.com/101.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz