To była tragedia, która nie miała tyle ofiar, co poprzednio opisana. Lecz była może nawet bardziej dramatyczna.
Poniedziałek
Wielkanocny. 16 kwietnia 1979 roku. Podczas gdy ja wprowadzałem 3
letnią córeczkę w tajniki Śmigusa Dyngusa, skradając się z nią razem, by
pokropić śpiącą mamę wodą i perfumami, w gdyńskim porcie szykowało się
wyjście w morze, płynącego do Chin na długie miesiące statku MS Reymont.
Jeżeli
ktoś myśli, że wszystko było dobrze i normalnie, powtarzając bzdury za
oficjalną prasą, ten się grubo myli. Raczej wszyscy byli wściekli i
złożeczyli armatorowi, że przerwano im święto, tylko po to, by w
poświąteczny wtorek zawinąć do Rostocku. Lecz komunistyczne władze nie
za bardzo przejmowały się jakimiś świętami, tradycjami i odczuciami
ludzi. I tu popełniły straszny błąd.
Według
staropolskiej zasady „jakoś to bedzie” wyrzucono na morze załogę z
obolałymi głowami, a dodatkowo, żeby rozładować kiepski nastrój, raczono
się tu i ówdzie alkoholem. Oficjalnie, na Izbie Morskiej stwierdzono,
że załoga nie była pijana. Ale podano także, że dowódctwo statku
pożegnało służby lądowe szklaneczką wódki, a do uroczystego obiadu na
statku podano szklankę wina dla każdego.A ile alkoholu przyniesiono na
statek? Wierzcie mi, wiem co mówię.
Kac
i klin to nie jest odpowiednia mieszanka do podjęcia pracy. No, ale
cóż, bratni Związek Radziecki tak funkcjonuje dzień po dniu już od
kilkudziesięciu lat.
Piątka marynarzy, w tym kapitan Zbigniew
Kurowski (to najważniejsza postać tego dramatu) nie była taka
nieszczęśliwa, bo w długą podróż zabrali swoje żony. Taki był kiedyś
zwyczaj, że w miarę istnienia dostatecznej ilości środków ratunkowych
(kamizelki i miejsca w szalupach) armator zezwalał, w uzgodnieniu z
kapitanem, na zabieranie w podróż rodziny. To była swoista premia dla
ciężko pracujących na długich trasach marynarzy (typowy chiński rejs
trwał od 7 do 10 miesięcy).
Statek
odcumował, władze portowe, celnicy i żegnające rodziny opuściły pokład.
Holowniki pomogły wyjść za główki falochronu. Rozpoczęła się podróż,
gdzie pierwszym etapem był Rostock, port w NRD. Statek obrał kurs na
pólnocny wschód, by po ominięciu Helu, przejść blisko Bornholmu i
spokojnie dopłynąć do pierwszego portu.
Już
od początku nie było najlepiej. W całym tym rozgardiaszu nie można się
było doliczyć ludzi. W papierach wszystko się zgadzało, czyli
najważniejsze, kapitan miał Książki Żeglarskie wszystkich członków
załogi i pasażerów. Paszportów w tamtym czasie nie miał nikt. To był
rzadki rarytas, który władza praktycznie nie udostępniała zwykłym
obywatelom. Nikt nie miał prawa trzymać tego w domu, a jak się już
dostało, to po powrocie, w przeciągu tygodnia, trzeba było zwrócić w
Wydziale Paszportowym na milicji.
W
południe, na uroczystym obiedzie, nie pojawił się starszy mechanik
Beckiel. Nikogo to nie niepokoiło. O 16 na mostku wraz z oficerem miał
objąć wachtę marynarz Swajda, ale także gdzieś zniknął. Kapitan już był
bliski alarmu „Człowiek za burtą”, lecz na szczęście odnaleziono go
śpiącego twardo w kabinie. Można powiedzieć – niezły rozgardiasz.
O
20 wachta zmienia się ponownie. W owych czasach, gdy praca ludzka była
wyjątkowo tania, na statkach pływało ponad 40 osób załogi. I zazwyczaj
trzymali 4 godzinne wachty; na mostku i w maszynowni. Obecnie, gdy
załogi jest tylko 14 – 18 osób, trzyma się wachty 6 godzinne, a nawet
czasmi 12 godzinne.
Wracający
z pracy marynarze poczuli na korytarzu zapach spalenizny i dym.
Zlokalizowali szybko kabinę, która była źródłem tego. I w tym momencie zaczyna się ciąg nieprawidłowych postępowań i wychodzą na jaw budowlane niedoróbki.
Napiszę
najpierw, jak się w takich sytuacjach postępuje. W takiej właśnie
kolejności: lokalizuje się źródło ognia, ogłasza się, bądź uruchamia
alarm i przystępuje do natychmiastowego gaszenia, gdy ocena sytuacji
wskazuje, że jest to możliwe podręcznymi środkami. W międzyczasie,
desygnowani strażacy przygotowują się do akcji. Każdy członek załogi ma
dokładnie rozpisaną rolę i zadania.
Tymczasem
dwóch marynarzy, którzy zauważyli dym wydobywający się z kabiny,
pobiegli po starszego oficera, który mieszkał nieopodal. Następnie
wspólnie z nim usiłowali zagasić ogień mała podręczną gaśnicą pianową.
Nie odniosło to żadnego skutku, gdyż po paru sekundach gaśnica się
wyczerpała. Nastę pnie zabrali się za rozwijanie węży strażackich, jeden
marynarz został wysłany do maszynowni z poleceniem uruchomienia pompy
pożarowej,a drugi na mostek z powiadomieniem o pożarze. Ciągle jeszcze
cała załoga nie miała pojęcia, co się dzieje. Jeszcze nie ogłoszono
alarmu. Dodatkowo manipulacje z drzwiami i oknem kajuty spowodowały, że
ogień dostał więcej tlenu i tak naprawdę już wymknął się z pod kontroli.
Teraz
wyszły na jaw budowlane mankamenty. Ściany między kabinami były z dosyć
cienkiej płyty paździerzowej. Przeloty kabli i rur były nieodpowiednio
zaizolowane. Ogień swobodnie mógł przeskakiwać z pomieszczenia do
pomieszczenia. Jak się później okazało, w fatalnej kabinie marynarz
dogrzewał się nieprawidłowo zainstalowanym i niedozwolonym grzejnikiem elektrycznym.
Gdy
przystąpiono do właściwej akcji gaśniczej, po ogłoszonym w końcu
alarmie pożarowym, ogień praktycznie był już nie do opanowania. Paliła
się już cała nadbudówka. Marynarze odcięci w swoich kabinach, ratowali
się, przeciskając przez małe okrągłe bulaje na pokład. Wkrótce nawet
wysłanie sygnału SOS okazało się niemożliwe, gdy ogień i dym wpełzły do
radiostacji. Zgromadzeni na mostku ludzie, w tym płynące z mężami
kobiety, musieli się ratować, uciekając przez okno po podstawionej
drabinie. Żar i dym były tak duże, że jedynym miejscem, gdzie ludzie
mogli wytrzymać, mimo chłodu i fal, była dziobówka; jak najdalej od
płonącej nadbudówki.
W milczeniu czekali na ratunek z zewnątrz. I można powiedzieć, że mieli szczęście.
W czasie gdy pożar na statku już szalał, jednostak płynęła blisko południowo zachodnich wybrzeży Bornholmu. Mieszkańcy wyspy ze
zgrozą obserwowali tajemniczy statek z płomieniami na pokładzie.
Dosłownie natychmiast skierowano tam pomoc w postaci holowników i
helikopterów. Również z pobliskiej Szwecji skierowano helikopter
raunkowy. A gdy już statek zidentyfikowano, to radiostacja na wyspie
nadała tzw. SOS relay, czyli poinformowała, że inna jednostka jest w
śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wtedy właśnie dowiedzieliśmy się o
pożarze w kraju, gdy Gdynia Radio odebrała sygnały. Wtedy, też, prawie
natychmiast skierowano na miejsce wypadku dwa polskie okręty ratownictwa
morskiego. Morskim zwyczajem również statki i łodzie rybackie będące w
okolicy zmieniły kurs i rzuciły się na ratunek marynarzom w potrzebie.
Akcja
zdejmowania załogi z płonącej ciągle jednostki trwała ponad dwie
godziny. Przetransportowano ludzi na ląd. Brakowało dwóch, starszego
mechanika Beckiela i marynarza Swajdy. Kapitan Kurowski zszedł ze statku
ostatni. Później, zrobiono z tego kpinę. Także z tego, że w trakcie
przesłuchania przed duńską policją, w stresie i zdenerwowaniu pomylił
się co do liczby członków załogi.
Umieszczono
wszystkich i przebadano w szpitalu. Jeden motorzysta, ciężko poparzony,
został przetransportowany do Kopenhagi. Reszta, była co najwyżej lekko
podtuta dymem. Nic niebezpiecznego. Na statku spaliło się dwóch ludzi.
Ale to nie koniec ofiar Reymonta...
Wkrótce
wszyscy byli ponownie w domu. Po trzech dniach przyholowano także
wypalony wrak statku. Rozpoczęło się śledztwo i ekspertyzy celem
poznania przebiegu zdarzeń i wyjaśnienia przyczyn katasrofy. Eksperci i
straż pożarna badały wypaloną skorupę statku. Milicja przesłuchiwała
członków załogi. Rozpoczęła również działanie Izba Morska, czyli swoisty
sąd, upoważniony do badania wypadków na morzu.
Tak
to już jest, że kapitan odpowiada za wszystko, co się na statku
zdarzyło. Zazwyczaj Izba szacuje jego winę procentowo. Na przykład
oficer wachtowy był winien kolizji w 60%, a wina kapitana wynosiła 40%
bo nie dopilnował, bo nie przewidział, bo za bardzo zaufał. W tym
konkretnym wypadku było widać, że za ten pożar, 100% winą Izba będzie
się starała obwinić tylko kapitana. Nie szukano pośrednich przyczyn;
nikt w tamtych czasach pewnie nie pomyślał, że winny jest sytem,
bezmyślność i głupota urzędników armatora, presja władz i niewolnicze
spełnianie poleceń. Kapitan też był przecież marionetką i robił tylko
to, co mu kazano. Jego władza była czysto iluzoryczna. Jednakże co do
odpowiedzialności, to zawsze był pierwszym chłopcem do bicia. Za swoje i
nieswoje błędy.
Najtragiczniejsze
w tamtych czasch, w tym komunistycznym systemie było to, że decyzje
wydawali ludzie niekompetentni, aparatczycy. Oni także potem oceniali,
rezultaty i błędy. Czy nie ma tu prostej analogii do III
Rzeczpospolitej? Niekompetentnych nieudaczników powiązanych Systemem
jest chyba jeszcze więcej, niż za komuny.
W
lipcu 1979 sptawa Reymonta wchodzi na wokandę Izby Morskiej. Krok po
kroku i minuta po minucie analizuje się sytuację na statku. Postawa
prowadzącego sędziego jest co najmniej dziwna – ironizuje, kpi, stawia
nieupoważnione twierdzenia. Daje się odczuć wyraźna wrogość w stosunku
do kapitana Kurowskiego.
Kulminacja
następuje 21 sierpnia, w dniu wydania wyroku. Szybko odczytano
sentencję – kapitan traci prawo wykonywania zawodu na 1,5 roku. Winy
także się dopatrzono w działaniach 1-go i 2-go oficera. I tu by mozna
zakończyć. Lecz następuje podanie uzasadnienia wyroku. Sędzia ma swój
moment. W kwiecistychsłowach, pełnych jadu i ironii wygłasza
przemówienie. Używa takich zwrotów jak „schronili
się w altance na dziobie”, „dzielny kapitan schodzi ostatni”. Co słowo
to obraża załogę, a kapitana w szczególności. To w żadnym wypadku nie
jest sucha, sądowa przemowa, to jest deptanie człowieka.
W
pewnym momencie, gdy sądzia ponownie ironizuje, że kapitan nie miał
pojęcia ilu ludzi miał w załodze, Kurowski zrywa się z miejsca i
wychodzi z Sali rozpraw.
Wzburzony
udał się do domu i korzystając z chwilowej nieobecności żony, strzela
do siebie ginąc na miejscu. Zdążył jeszcze tylko przedtem zadzwonić do
kolegi kapitana, że właśnie podeptano jego godność, pozbawiono honoru.
Wyśmiano.
W tym momencie stał się trzecią śmiertelną ofiarą pożaru na MS Reymont.
Sędziowie
tak, jak i dzisiaj byli bezkarni. Wielu z nich, to ludzie nie nadający
sie na to ważne stanowisko. Ludzie o watpliwym morale, bez kultury i
etyki. Bezkarność ich degenruje. Czym od tego sędziego, który zrobił
cyrk z tragicznej sprawy Reymonta i doprowadził do smierci człowieka,
różni się inny gdyński sędzia, który stwierdza, że plucie na Biblię,
świętą księgę chrześcijaństwa, przez Nergala, nie jest niczym złym. Albo
ten warszawski sędzia, który stwierdził, że kopanie w głowę leżącego
człowieka przez policjanta jest usprawiedliwione, bo był on silnie
wzburzony.
Jak
się dobrze zastanowić, to tak naprawdę my sami jesteśmy winni. Nie
zdjęliśmy dotąd kajdanów niewolnika, które są założone na naszych
mózgach. Które czynią z nas bezwolne owce, nie będące w stanie
przeciwstawić się oprawcom. A lewacki permisiwizm dopełnia obraz.
Kiedy zaczniemy walczyć o sprawiedliwość i porządek? 70 lat to jeszcze mało?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz